No ale o co chodzi…?

No właśnie, o co właściwie chodzi? Nie wiem. Na prawdę nie wiem. Wydaje mi się jednak, że coraz częściej zauważam, o co nie chodzi.

Uwikłani jesteśmy w „robienie”. Gdy sięgamy po kubek z kawą robimy zaspokajanie pragnienia, robimy pobudzanie organizmu, robimy poprawianie sobie samopoczucia, robimy rytuał, który daje nam poczucie stabilizacji, względnej przewidywalności skutków. Zatem „robimy” porządany stan ciała, umysłu. Jest przyczyna i jest skutek. Cały czas dążymy do jakiegoś stanu. Czy to picie kawy, czy chodzenie do pracy, przepychanki na portalach, rozmowy z dzieckiem, rozwijanie się duchowo – wszystko ma prowadzić do tego, aby poczuć się lepiej, aby uzyskać stan, w którym jest wygodniej. Już nawet nie ważne, czy te wszystkie metody i sposoby są „robione” świadomie, czy automatycznie, z wyuczenia. Po prostu „robimy”, „dążymy” a jakość tych działań mierzymy stanem, który w ich wyniku uzyskujemy. Sprawa oczywista. Możnaby postawić teraz kropkę, za którą pojawiłaby się jedynie myśl, po co chrzanić takie truizmy, o których wie już nawet uczeń 5 klasy podstawówki.  Ta myśl jest dla mnie w pełni zrozumiała i kompletnie się nie zdziwię, jeśli spowoduje zamknięcie strony z tym wpisem.

No OK, ale może jednak będę pisał dalej, serwując kolejny truizm, trochę może bardziej elitarny. Otóż wygląda na to, że nie chodzi o żaden stan. Każdy doświadcza tego, że ten czy inny stan nie jest niczym stałym. A całkiem nie mała ilość osób czuje podskórnie, że jest coś więcej, niż stan. Jest coś w nas, co o każdym stanie wie. Coś, co niezależnie od okoliczności jest świadome cierpienia, radości, złości, spokoju, bólu, przyjemności. Spośród tych osób znajdzie się pewnie grono, które pielęgnując, bądź „dostając z nadania”, dochodzi do poczucia, że nie są tym, co się przejawia, tylko tym, co jest tego świadome. No i wtedy pojawia się stan, w którym się wie, że nie chodzi o żaden stan. Kropka. Przy czym ta kropka, jeśli ktokolwiek do niej dotarł, pewnie nie budzi już zniechęcenia bądź pobłażania dla stanu umysłu autora, tylko raczej rodzaj złości, jeśli owa kropka będzie kojarzona z jej autorem, albo niepokoju, gdy pozostanie bezosobowa.

Stan, w którym się wie, że nie chodzi o żaden stan, mógłby być całkiem fajnym stanem, gdyby nie to, że jeśli miałby być czymś stałym, musiałby się równać śmierci. Śmierć fizyczna załatwia to dokumentnie i jest banalna. Raczej chodzi tu o śmierć ego czyli całego sytemu przekonań na swój temat. Taka śmierć jest ostatnio dość modna i sporo się o niej mówi tu i tam. Traktuje się ego, jako swoisty twór w sobie, które to ego należy albo ubić, albo postawić na właściwe miejsce. Stawianie na właściwe miejsce odbywać się może różnie: mówią – nie wierz mu, obserwuj je, nie utożsamiaj się z nim, jesteś ponad to, zaakceptuj je, odpuść i pozwól. Albo bądź tu i teraz, bo ego żyje jedynie w przeszłości i przyszłości. Gdy będziesz tu i teraz to ego zniknie. Uzyskasz stan, w którym nie chodzi o stan i wtedy będzie gitara! No ale przecież nie trzeba być orłem, żeby zauważyć, że to nie ma sensu. I to nie sensu, w sensie sensu, ale sensu sensu. Metasensu nie ma taki metastan.

Co zatem dalej? Dalej, aby wszystko było jako tako spójne, można (tak mi się wydaje przynajmniej) odpuścić sobie śmierć ego, na korzyść tego, że w zasadzie nigdy się nie urodziło. Nie istnieje. Ale nie tylko nie urodziło się ego. Nie ma też nikogo i nigdy się nie urodził ktoś, kto miałby mieć jakąkolwiek relację do ego. Idea jakiejkolwiek świadomości, która jest świadoma czegokolwiek (jakiejkolwiek relacji), również staje się fałszywa. Pozostaje jednynie świadomość świadoma sama siebie. Nie świadoma czegokolwiek, JEDYNIE świadoma sama siebie.

Tylko, że ja tego nie wiem.

Reklamy

Stopienie

Leżałem sobie dzisiaj rano, lubię tak obudzić się kilkadziesiąt minut przed budzikiem, i przyszła taka myśl: „a co by było, gdyby ona nie przyszła, ta myśl”? Byłoby leżenie, dotykanie pościeli, czucie ciężaru ciała na materacu, ciepła, które niesie kołdra, miękkość poduszki, oddech, półmrok i zarys okna w sypialni. Resztki snu rozpuszczane mrowieniem krwi w kończynach,  suchość w ustach, delikatna wibracja w brzuchu, może początek odczucia głodu? Byłoby wszystko, co wydaje się światem, wszystko, czego to ciało jest w stanie doświadczyć w kontakcie z otoczeniem. I przyszło jeszcze jedno: gdy przyjąć za pierwszoplanowe doświadczanie, to właściwie nie ma żadnej granicy między ciałem a otoczeniem. Może nie piszę zrozumiale, ale chodzi mi o to, że jeśli nie brać pod uwagę żadnej wiedzy ani przekonań o swoistości ciała i relacji w jakie wchodzi, to trudno postawić granicę między tym co na zewnątrz a tym co wewnątrz. Jedyne co jest, to doświadczenie samo w sobie, bez żadnych własności. Można by powiedzieć, po prostu „życie”.
Oczywiście w tym „życiu” pojawiają się myśli, które nadają znaczenie doświadczeniu. Podstawowym znaczeniem jest przekonanie, że to ja doświadczam. Że to mi przydarzają się wszelkie interakcje. Przekonanie o swojej podmiotowości leży u podstaw kolejnych znaczeń wartościujących doświadczenia. Pożądane, niepożądane, miłe, niemiłe – słowem emocje i uczucia.

I w tym miejscu pojawić się może zmiana, pęknięcie albo rysa na dotychczasowym sposobie pojmowania świata. Przecież w istocie myśli i emocje również są doświadczeniem. Zatem wszelkie wartościowanie także odbywa się w pewnej przestrzeni. W przestrzeni, która niejako jest wiedzeniem o doświadczaniu. Tak jak jest coś, co słyszy dźwięk budzika, tak samo jest coś, co słyszy myśl „pora wstawać”. I coś, co czuje złość/radość/obojętność wobec tych faktów. Tego nikt pewnie nie zakwestionuje. Swoją drogą ciekawe, że nie podlega żadnej wątpliwości, że owo „wiedzenie o doświadczeniu” jest wspólną własnością każdego człowieka. Co więcej, każda żyjąca istota w jakiś sposób wie o doświadczeniu mimo, że nie ma takich możliwości nadawania znaczeń, jakie mają ludzie.

Zatem jest wiedzenie o doświadczeniu jakie niesie ciało, jest wiedzenie o doświadczeniu jakie daje umysł. Jest nawet wiedzenie o myślach, które łączą doświadczenia z myślą „to mi się przydarza”. Rzecz tylko w tym, by pamiętać o tym wiedzeniu, ponieważ wtedy klocki wpadają w swoje miejsca a obraz stapia się w jedno.

Zmysły

Wie się, że jest świat w około i nie ma co do tego żadnych wątpliwości. W zasadzie. No bo jak nie, jak tak.
Jest wzrok, który widzi. Nawet jak się zamknie oczy to w sumie też się widzi, tylko nic konkretnego. Wnętrze powiek, powiedzmy.
Jest słuch, który słyszy. I tu generalnie również ciężko o znalezienie przerwy w tym procesie. Przecież ciągle się coś słyszy. A jak już jest cicho jak w grobie, to się słyszy delikatny szum krwii w uszach. Lekki pisk. No ja tak mam, w każdym razie.
Jest dotyk, który się czuje. Na okrągło coś się czuje. Nogi na ziemi, tyłek na krześle, oddech w piersiach. Cokolwiek.
Z węchem to już może jest trochę inaczej, bo nie koniecznie cały czas rejestruje się zapachy. Może to kwestia czułości nosa, pewnie pies ma inaczej.
Ze smakiem jak z węchem. Chociaż jak się dobrze przyjrzeć to ciągle się jakiś tam smak w ustach ma.
I to by pewnie było na tyle, jeśli chodzi o to, że wie się o świecie wokół siebie. Nawet nie chcę tutaj podważać obiektywności istnienia świata na zewnątrz, skoro nie wie się o nim bezpośrednio tylko za pomocą zmysłów. Może wystarczy zauważyć, że znakomita większość ludzi ma podobnie i wyciąga podobne wnioski na temat otoczenia, by przestać to rozkminiać. Ale nie o tym, nie o tym.
Chciałbym bowiem zwrócić uwagę na następujący fakt. Oprócz rejestrowania tego co nas otacza, rejestrujemy również „sensacje” wewnątrz ciała. Podobnie jak dźwięki na zewnątrz, słyszy się głos w głowie. Chodzi o myśl. Po prostu słyszy się ją w głowie. Czyli jest jakiś rodzaj słuchu, który ją rejestruje. Może nawet nie jest to rodzaj słuchu, po prostu jest coś pierwotnego wobec każdego zmysłu, coś z czym mamy do czynienia, gdy bada się świat wewnętrzny i zewnętrzny. To jest wiedzenie o czymś, czegoś świadomość. Tak jak gdy słuchasz czegoś na zewnątrz to oprócz kojarzenia rodzaju tego dźwięku, pojawia się wiedzenie o nim, tak gdy słyszysz myśli, mimo, że nie ma już kojarzenia rodzaju dźwięku to owo wiedzenie jest. Więc w istocie nie wiesz, jak brzmi głos mówiący w głowie, ale wiesz, że jest i rejestrujesz przekaz, który sobą niesie. Podobnie jest z emocjami, które odbierane są za pomocą „wewnętrznego dotyku”, wewnętrznego czucia. Każda emocja to sensacja w ciele w formie ciepła, ucisku, motyli, gula plus myśl, która je wywołuje.Swoją drogą dość ciekawą „zabawą” wydaje się obserwowanie tego, jak myśl wywołuje emocję. Np. „ona mnie już nie kocha” – ścisk w piersiach nazywany smutkiem, lękiem. „Jak można tak łamać konstytucję” – gorąco w brzuchu, napięcie karku (złość, bezradność).
No i teraz czas na kontrowersje. Skąd właściwie wiadomo, że głos w głowie jest własny? Że jest własnym głosem o sobie samym? Przecież mamy kilka dowodów na to, że tak nie jest. Po pierwsze: jest słyszany. Kto go słyszy? Po drugie: nie ma kontroli nad myślami. Najlepszym sprawdzianem jest uświadomienie sobie, że nie wie się co się pomyśli za chwilę. I żadna sztuczka, typu „ja za chwilę pomyślę o dupiemaryni” a potem powtarzanie „dupamarynia, dupamarynia…” nie załatwia tematu, ponieważ wiesz tylko o tym, co myślisz TERAZ.  Czy „myślenie pozytywne”, gdzie jedna myśl próbuje zmienić inną myśl z tej, która wywołuje nieprzyjemne emocje, na tą, która wywołuje przyjemne. I lądowanie z ręką w nocniku. Po trzecie: myśli chodzą zwykle utartymi szlakami. Szlakami, którymi przyzwyczaił się reagować umysł. Swoistymi programami wdrukowanymi w okresie dzieciństwa, czy lat późniejszych, często również dziedziczonymi. To trochę zwalnia z odpowiedzialności za ich treść. Po czwarte: myśl jest czymś wtórnym wobec rzeczywistości. Nikt nie wątpi chyba, że każdy z nas jest częścią tego świata. Z prochu powstał i tak dalej. Więc jest jakaś rzeczywistość, której jest się częścią i w tej rzeczywistości pojawia się myśl o sobie w relacji do tej rzeczywistości. W istocie sama myśl tworzy tą relację. Relacja do rzeczywistości nie istnieje, jest jedynie koncepcją. Koncepcją, która pojawia się wobec zjawisk wywołujących mniej lub bardziej pożądane reakcje w ciele (emocje). No i gitara. Wydawałoby się, że sprawa jest rozwiązana. Wygląda na to, że chodzi o to, aby w ciele czuć przyjemność. To jest celem. No ale czy to prawda? Przecież czucie przyjemności to również jest forma relacji siebie wobec swojego ciała. To również jest koncepcja.

Co dzieje się więc, gdy zrzuca się z siebie bagaż związany z braniem na siebie odpowiedzialności za swoje myśli i emocje? Co dzieje się, gdy przestaje się naklejać etykiety na sensacje w ciele? Co dzieje się, gdy „strach o lepsze jutro” obserwowany jest takim, jakim jest, czyli pozwala się istnieć uciskowi w piersiach, napięciu w udach, ćmieniu z tyłu głowy? Widzi się myśli, że pewnie jutro zabraknie (pieniędzy, miłości, spokoju, akceptacji, whatever..), ale nie idzie się za nimi? Gdy przestaje się stawiać opór temu, co akurat jest wokoło i w sobie samym (czyli w sumie też wokoło jakiegoś bliżej nie określonego centrum siebie)? Gdy zauważa się, że to, co akurat jest nigdy nie ma żadnego przeciwieństwa, że rzeczywistość nie ma żadnego przeciwieństwa. Że jakiekolwiek przeciwieństwo tworzy jedynie myśl, którą wzięło się serio i postanowiło za nią podążyć.

Oboże!

Jeśli wydawało się, że do tej pory pisałem o niczym, to tylko tak się wydawało. O niczym to dopiero zacznę pisać! Dość już pisania o czymś co przykryte jest wytartą kołdrą z wszystkiego co zwykło ostatnimi laty przychodzić do głowy albo wyrasta na zatęchłym już kompoście różnych koncepcji. Teraz to dopiero będzie pisanie o niczym! Koniec z przekazami, z odczuciami, z tuiterazami. I niech no tylko przyjdzie jakaś myśl do głowy, która chciałaby zaistnieć na ekranie mojego laptopa – natychmiast będzie ubijana! Złapię ją za dziób, zawiążę na nim czerwoną kokardę i będę patrzył jak niema wybausza oczy w pragnieniu się wyrażania. Jak w końcu zamyka gały, gdy z braku słuchacza, odpływa w niebyt pozostawiając po sobie jedynie ten czerwony sznurek. I będę czekał na następną by zrobić jej to samo. I niczym więcej nie planuję już się zajmować, co najwyżej usprawniać wiązanie węzłów. Pocieszające jest to, że nigdy nie ma ich więcej niż jedna na raz. Dlatego wystarczy mi ten jeden powrozik. I nie ważne, że umierając wywołuje w ciele różne sensacje. Nie ważne, że ściska za serce, albo skręca kiszki. Albo podnosi ciśnienie, zalewając falą gorąca i potu. Będę to wszystko widział i nie napiszę już kompletnie o niczym. Wróć! Nawet nie „nie napiszę kompletnie o niczym”, ja przecież już nie piszę o czymkolwiek. Nie ma tu nic, zupełnie nic, co mogłoby komukolwiek cokolwiek dać, co ktokolwiek mógłby wziąć dla siebie i coś z tym zrobić. Nie ma też żadnego wzbudzania emocji ani poruszania czułych punktów. A już zupełnie nie ma tu historii czy opowieści. Jeśli jeszcze to czytasz, to proszę, przestań. Spożytkuj ten czas lepiej. Nie wiem, zrób sobie herbaty albo idź pobiegać. Nie przeczytasz tu o niczym, ponieważ ja kompletnie nie mam nic do przekazania. Nie jestem w stanie napisać o niczym, czego byś sam nie wiedział. Tak jak Ty nie jesteś w stanie przeczytać tu o niczym, co byłoby dla Ciebie nowe. Żadnej informacji, zero jakiejkolwiek wiedzy. Nie ma żadnego sensu ani powodu. Ani też żadnej przyczyny i skutku. Jeśli wciąż jednak ten brak jakiegolwiek przekazu wydaje się nierealny, to spróbuj sobie wyobrazić, że autor tego wpisu nie istnieje. Nie ma go. W istocie nie odbiegniesz daleko od prawdy. Co więcej, będziesz jej tym bliżej, im bardziej ją poczujesz. Nie wymyślisz, nie wykoncypujesz, tylko poczujesz, że autor tego wpisu nie istnieje. Sam żeś sobie to stworzył.

No i co z tego?

Jest kilka wpisów na tym blogu, kilka ostatnich wpisów, w których pisałem o doświadczaniu. O pojawianiu sie w obszarze swojego „bycia” różnych zjawisk. O przelatującej musze, o liściu, o oddechu, myśli, plastikowej butelce, drzwiach w bliżej nie określonej przestrzeni… Możnaby rzec zatem, że jest to blog o niczym. A jeśli nawet przyszłoby do głowy, że sam fakt pojawiania się liter, wyrazów i zdań świadczy, że jednak jest w tym jakaś treść, to przecież treści tej nie ma więcej, niż w tym, co dzieje się teraz, gdy czytasz te słowa. Nie dzieje się bowiem nic więcej poza pojawiającymi się słowami w głowie, poza naciskiem tyłka na krzesło, poza popijaniem porannej kawy. Chciałoby się wierzyć, że wszystkie te działania i niedziałania mają jakieś znaczenie. Że moje pisanie coś znaczy, że Twoje czytanie i pojawiające się w jego skutek opinie na temat tych treści, są w jakiś sposób istotne. Ale nie są. Nie są jednak istotne nie na sposób taki, że negowana jest ich waga. Że na przykład jest coś, co jest ważne, a w kontraście z tym inne jest nieważne. Bo jedno budzi uczucia miłe albo zrozumienie, a drugie nie trafia bądź zgoła odstręcza nie pasując do światopoglądu.
Nie jest ważne, ponieważ opinia, która się na temat tego pisania i czytania pojawia nie jest niczym innym, jak kolejnym zjawiskiem, które jest odbierane. Tak jak pojawia się w umyśle słowo „SŁOWO„, tak w tym samym umyśle pojawia się opinia na jego temat oraz wrażenia. Na przykład: „dlaczego to zostało wyboldowane i napisane wielkimi literami?” albo „ale pieprzenie o niczym”, albo „o co mu chodzi?”, albo „zamiast SŁOWO powinien użyć WYRAZ”. Albo „nieprawda! moja opinia jest ważna, ponieważ jest ze mnie, jestem jej twórcą, dochodziłem do niej latami, tysiącami swoich najróżniejszych przeżyć. Czuję irytację, gdy czytam takie pierdoły.”
Pojawiają się więc różne wrażenia, myśli i może nawet mający swój cielesny wymiar emocje. No ale ja się pytam: CO Z TEGO?
Jeśli już dotarłeś do tego miejsca wpisu, to pytam się Ciebie: co z tego, że się pojawiła nuda? Lub co z tego, że się odczuwasz teraz jakąś formę frustracji, lecz się do tego nie przyznajesz, bo przecież wiesz lepiej? Albo co z tego, że kompletnie tego nie rozumiesz? Albo co z tego, że uważasz, że jestem głupi albo jakiś kompletnie zagubiony, nieszczęśliwy albo, że mi odbiło przed pięćdziesiątką. No albo co z tego, że wiesz o czym jest tu pisane i masz wrażenie jakiejś więzi z autorem?
To wszystko są Twoje wrażenia, którym postanowiłeś nadać znaczenie. Nie nadajesz znaczenia siedzeniu na tyłku, ale już myśli o tym, jak dobrze byłoby, gdyby nie dokuczał hemoroid, znaczenie nadajesz. Bo przecież to czujesz! Ale to nie prawda. Nie dlatego hemoroid jest ważny, bo go czujesz. Ważny jest, bo jest relacja wobec niego. Nie chcesz czuć bólu dupy, a czujesz. Albo chcesz czuć smak piwa ale siedzisz w pracy i nie możesz.
Znaczenia biorą się z chcenia i niechcenia. I co ciekawe, samo chcenie/niechcenie nie jest w żaden sposób robione. Tak jak nie jest robione czucie krzesła, albo poczucie smugi powietrza w nozdrzach podczas wdechu. Chcenie się pojawia, niechcenie się pojawia. Znaczenia się pojawiają, opinie się pojawiają i nic się nie da z tym zrobić. Żadne tam myślenia pozytywne albo ciulwieco, nie pomogą.  Po prostu nauczyliśmy się chcieć jednych rzeczy, a nie chcieć innych. Chcieć szczęścia a nie chcieć cierpienia. Chcieć przyjemności a nie chcieć bólu. Nauczyliśmy się udawać, że śmierć nie istnieje a to udawanie nazwaliśmy nadzieją.
Co więc teraz? No właśnie! Teraz jest dokładnie tym momentem, w którym chcenie i niechcenie nie istnieje. W którym nie ma żadnej nadziei na lepsze ani żadnego strachu przed gorszym. Teraz jest tym, w czym wszystko się dzieje. Doskonale o tym wiesz. Nie możesz nie wiedzieć. Zawsze to wiedziałeś i zawsze będziesz wiedział. Tak bardzo zawsze, że nie ma żadnej granicy między tym co było, a tym co będzie.  Bo jesteś tym TERAZ. Niczym więcej, bo nic więcej nie ma. Po prostu tego dotknij i bądź tym dotykiem.

Liść

Zimny wiatr ociera się o lekko przyprószoną śniegiem gałąź. Nie ma w nim tyle siły by strząsnąć biały puch, ale wystarcza, by tworzyć dźwięk. Niejednostajny świst, skorelowany z napięciem pojawiającym się w drzewie, gdy reaguje ono na jego napór. Taniec wiatru, drzewa i dźwięku gubią się w sobie, nie potrafiąc odnaleźć przyczyny. Czy pierwszy jest szum, do którego tańczą, czy pierwsza jest siła, która przesuwa masy powietrza, czy może gałąź, dzięki której wiadomo, że coś się dzieje? Nie istnieją bez siebie właśnie w tej chwili, właśnie w tym miejscu, w którym ze zmrożonej ziemi wyrasta drzewo, z niego konary a z nich gałęzie. Do chwiejnej równowagi dołącza ptak. Podlatuje, siada, rozgląda się czegoś szukając. To szukanie nie jest jednak ważniejsze niż odrobina ciepła, którą oddaje drzewu swoimi pazurkami, nie istotniejsze niż nowe drgania, które wywołał swoim ciałem. Nie bardziej doniosłe niż to, że już go nie ma, gdy odlatując pozostawia po sobie ślad na resztkach śniegu lepionych chłodem do kory.
Wiatr zmienia kierunek, staje się tłustszy, bardziej czuły, cieplejszy. Śnieg spływa po cichu. Wraz z tą zmianą pojawia się coś, co porównać można do wrażenia, że nic nie swędzi. Nie swędzi ale przecież może. Tak jak przebudzenie, które nic nie wie o spaniu do chwili, gdy widzi, że już nie śpi. A gdy się obudzi, pozwala wszystkiemu zasnąć, bo wie, że nie pozwalając, samo pogrąży się we śnie. W śnie o niespaniu. Więc jest tym nieswędzeniem całym sobą i wie, że w nim pojawić się może wszystko, bo przecież każde swędzenie zrobione jest z nieswędzenia.
Wrażenia wewnątrz stają się wyraźniejsze. Lekkie mrowienie grupuje się w punktach, w których niczym zapowiedź opryszczki, tworzy się zalążek zgrubienia. Wiatr nie jest w stanie rozproszyć tych ognisk, co więcej, swoim ruchem drażni je i pobudza. I chociaż nie ma w tym żadnego celu, stać się musi to, co się dzieje. W zgrubieniach pojawia się wilgoć, mrowienie przechodzi w napięcie, a to tworzy się, by zostało uwolnione. W żadnym napięciu nie ma niczego innego jak tylko nieuchronność uwolnienia. Spięcie i rozprężenie. Wdech i wydech. Zalążek i liść. Punkt po punkcie, każdy z osobna a jednak wszystkie jednocześnie pozwalają sobie zaistnieć. Żaden nie wie nic o innym. Zieleń zrobiona z ulgi. Świeże, pachnące przyzwolenie. Nowy dźwięk, przytulny szmer. Miejsce dla rozpryskiwania się kropli deszczu. Woda ściągana grawitacją spotyka się z liściem, który wita ją tak, jakby jej nie znał, każdą kolejną kroplę traktując tak samo. Daje im miejsce spoczynku lecz w ogóle ich nie trzyma. Widzi jak tańczą, rozbryzgują się i tworzą kolejne, ściekając coraz niżej. Tak wiele wrażeń, choć żadne nie jest lepsze. Wie, że gdyby wyróżnił choć jedną kroplę, zaprzeczyłby swej naturze. Zapadłby w sen, w którym śniłby jak być dla niej lepszym liściem. Czekałby na nią, tęsknił, porównywał do marzenia, które istniałoby tylko w nim. I usychałby mimo wilgoci.
Pszczoła, która właśnie wylazła z kwiatu malwy, jest kompletnie niewzruszona tym, że wydaje się, iż nie ma tu, kilka metrów wyżej, żadnego powodu do latania. Latanie służy jej do tego, aby były skrzydła. Skrzydła służą do tego, aby poruszać pod nimi świat. Ruch świata służy do tego, aby wiedzieć o istnieniu. Istniałoby się pewnie i bez ruchu świata, ale wiedzenia o tym by nie było. Może więc Wielki Wybuch nie jest niczym bardziej szczególnym, niż lot pszczoły wokół bezkwietnego liścia? Fruwaniem dla wiedzenia o fruwaniu? Brzęczeniem dla wiedzenia o brzęczeniu? Dla wiedzenia o wiedzeniu?
Wybucham, rozwijam się, zielenię, bo chcę w końcu o sobie wiedzieć! Chcę wiedzieć o sobie wszystko. Każdy powiew wiatru, każdy promień ciepła, każdy chłód nocy, kropla deszczu, grudka gradu robiąca bliznę. Pszczoła bezcelowa. Guano ptaka. Żarłoczny ślimak, który obgryzł wszystko pozostawiając jedynie łodygę. Po prostu prawda.

Tłusta myśl

Pierwszy łyk kawy. Ciemna substancja rozlewa się subtelnie po języku otaczając go gorzkawym, ciepłym filmem. Beżowa piana niosąca w sobie aromat, sprawia, że płyn wydaje się ciężki i gładki. Niekontrolowany ruch języka, który ma na celu rozporowadzić ją po całej jamie ustnej, wydaje się najlepszym, co może zdarzyć się w tym momencie. Nie potrafię określić co jest pierwsze, czy potrzeba przełknięcia czy sam akt przełykania. Odczuwam zmianę temperatury w gardle, przełyku, aż ciepło znika i rozpływa się gdzieś niżej. Kolejny łyk już nie jest takim zaskoczeniem, natomiast w ciele pojawia się lekkie pobudzenie. Nie wiem, czy spowodowane kofeiną, czy odczuwaną przyjemnością. Jeszcze jeden łyk i czuję kawę w głowie. Mimo, że niewielki, ale wyraźny ucisk, związany z przyspieszonym pulsem oraz ciepłem. Zmiana odczuwanej temperatury pozwala być bardziej wrażliwym na lekkie ruchy powietrza w pokoju –  latem otwieram z samego rana drzwi na taras, aby uciszyć wrzaski kota domagającego się swojej porcji wolności. Delikatny wietrzyk przyjemnie osadza mnie w miejscu, w którym właśnie siedzę jednocześnie uświadamia, że czuję coś więcej, niż tylko sensacje związane z piciem kawy. Ramiona, lekko wilgotne czoło, gołe nogi…
Zapach dobiegający z zewnątrz zapowiada kolejny upalny dzień. Tymczasem jest jeszcze rano więc nie trzeba nosić na sobie gorącego ciężaru powietrza. W przestrzeni pokoju pojawia się nowy dźwięk. Nie da się go z niczym pomylić. Jednostajny a jednak wciąż się zmieniający. Zauważam, że zmiana dźwięku związana jest z nagłą zmianą kierunku, z którego dobiega. Dźwięk, mimo że nie charakteryzuje się niczym szczególnym, nie ma w nim żadnych wysokich ani też niskich składowych, jest niepokojący. Źródłem tego niepokoju wydaje się kompletny brak przewidywalności kierunku, z którego za chwilę będzie dobiegał.  Jest natarczywy, nie do pominięcia żadną mentalną techniką. Kątem oka zauważam obiekt. Przemieszcza się z prędkością, która w żaden sposób nie pasuje do ograniczonej objętości pomieszczenia. Wypasiona, czarna mucha. Wpadła do pokoju i lata. Nie siada, chociaż czuje się w tym zmieniającym się bzyku potencjał do niespodziewanego spoczynku w miejscu dowolnie wybranym. Nie widzę żadnej metody by przewidzieć owo miejsce i to napełnia mnie niepokojem. Przekonany jestem, że swoją tłustość zawdzięcza siadaniu na wszelkim gównie, które tylko ją przywabia. Wizja tych umorusanych w odchodach łap, szpetnej brudnej mordy z ohydną, unurzaną w świństwach trąbą, które w każdej chwili mogą usiąść na brzegu kubka, albo co gorsza na mnie samym, jest obrzydliwa. Jednak każda akcja wydaje się bezcelowa, owad nie chce spocząć, a ja nie mam żadnych szans go dogonić. Przypominam sobie swoje próby machania łapką w powietrzu aby trafić lecącą muchę i wiem, że kończy się to jedynie zwiększoną częstotliwością bzykania. Zatem postanawiam nie wstawać, niechże w tym pokoju będzie choć jedna istota, która cieszy się z braku ruchu (kot wylazł już wcześniej). Ale całkowita bierność mi nie wystarcza. Obserwuję muchę, gdy tylko mam ją w obszarze widzenia, niejako próbuję ję złapać wzrokiem i gdy ją tak trzymam, kieruję wzrok w stronę otwartych drzwi. Jest we mnie jakieś irracjonalne przekonanie, że mój wzrok zadziała jak lasso. Złapie muchę i taką złapaną wyrzuci z domu. Ciekawe, że nie boję się, że w ten sposób cokolwiek sobie pobrudzę. Mucha jednak co chwila wyrywa mi się z uchwytu widzenia. Łapię ją ponownie i szybko kieruję precz. Od tych wygibasów zaczynają mnie boleć oczy. Nie mogę jednak tego przerwać, ponieważ poza wywalaniem z domu, wzrok ma jeszcze jedno zadanie – odpychać ją ode mnie i od mojego kubka. Oprócz łapania wzrokiem próbuję kolejnych metod skontrolowania muchy. Budzę w sobie uczucia. Ale nie negatywne, tych mam już wystarczająco. Chcę aby wiedziała, że ją podziwiam i że skoro wyraża się swoim lataniem robiąc to, co potrafi najlepiej, to ma pełne prawo do tego. Ale widzę też fałsz, który kryje się pod tymi umysłowymi technikami. Przecież ja chcę aby była mi wdzięczna za to, że ją honoruję i w tym swoim wobec mnie zobowiązaniu, poleciała wpizdu.
Przyglądam się tym wszystkim moim myślom i przekonaniom na temat muchy.  Ileż różnych atrybutów i etykiet jestem w stanie przykleić do faktu jej istnienia w przestrzeni, którą z nią dzielę. Widzę, że wszystkie te cechy wcale nie spowalniają jej lotu, a przecież ich ciężar powinien ją uziemić i pozostawić bezbronną wobec mojego buta. Ale to raczej ja staję się cięższy. Zapominam o kawie, o bryzie na skórze, o niedzielnym poranku, o musze, która robi to, co ma robić…
Czy to więc mucha wleciała do domu, czy raczej opór zaczął obijać się po pustej czaszce pokoju…?