Dwa nieporozumienia

Zwykle nie opisuję aktualnych zdarzeń społeczno-politycznych. Staram się trzymać wobec tych zjawisk dystans. Nie czuję się dobrze biorąc udział w tych wszystkich przepychankach i próbach udowodniania swoich racji.
Do tego wpisu skłoniło mnie jednak właśnie takie zdarzenie. Chodzi o atak na prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza.

Pojawił się wczoraj wieczorem lęk. Pojawiła się konsternacja. Już pierwsze kilka wpisów komentujących to zdarzenie na FB, potwierdziły te uczucia. Nie trzeba wiele czytać ani słuchać aby przewidzieć co się teraz będzie działo. Wzajemne oskarżenia, lęk projektowany na innych.
Czuję, że wielu ludzi będzie w związku z tym czuć swoiste zagonienie w kozi róg, tak jak ma to miejsce w moim wypadku. Gdzieś głębiej bowiem, pod powierzchnią własnych poglądów politycznych, da się znaleźć inny niepokój, inny niż ten związany bezpośrednio ze stanem kraju, społeczeństwa i jego podziału na tych, którzy stali kiedyś tu, gdzie teraz stoją tamci. Niepokój, który bierze źródło w poczuciu, że po obu stronach stoją ludzie, którzy w równej mierze wierzą w swoje myśli. I nie ma właściwie żadnego znaczenia, które myśli głoszą miłość a które nienawiść. Które coś popierają a które negują.
Czuję tą konsternację, gdy widzę jak nienawidzeni są ci, którzy głoszą nienawiść. Gdy widzę, jak kochani z kolei tamci, którzy głoszą miłość. Oraz jak nienawidzeni tamci, którzy głoszą miłość a kochani ci, głoszący nienawiść. (Możesz przeczytać te dwa ostatnie zdania jeszcze kilka razy, jeśli nie rozumiesz o co mi chodziło. Jeśli jednak nie rozumiesz, to właśnie o to chodziło.) Tak się czuję.

I coś przyszło dzisiaj rano. Myśl, że żadne z tych wszystkich moich uczuć i emocji nie wzięły się z zewnątrz. Żadne zdarzenie (nieważne jak tragiczne) nie spowodowało tego wszystkiego. Może wydawać się to kompletnie nierealne lub wywalone w kosmos, ale na prawdę, przekonanie, że moje emocje wyzwalane są jakimiś zdarzeniami na zewnątrz, jest wielkim nieporozumieniem. Wiem, że najprawdopodobniej zupełnie tego nie kupujesz. Nawet nie wiem jak miałbym to udowodnić. Jest po prostu we mnie przekonanie, że odpowiedzialność za to, co czuję leży tylko, TYLKO po tej stronie. Zatem pierwszym nieporozumieniem jest to, że wydaje się, że za to, co ja czuję jest odpowiedzialny świat na zewnątrz.

Podążając tropem tego, co napisałem wyżej, że odpowiedzialność za moje emocje i myśli nie leży po stronie zewnętrznego świata to należałoby wysnuć wniosek, że leży gdzieś wewnątrz mnie. Skoro czuję lęk czy gniew to znaczy, że jestem odpowiedzialny za to uczucie i za jego powstanie. No ale chwila. Jaki ja właściwie mam wpływ na to, że ta a nie inna emocja się pojawia? Jaki mam wpływ na to, że pojawia się takie a nie inne przekonanie? Jaki mam nawet wpływ na myśl, że czas te przekonania zmienić? Gdy jestem ze sobą w 100% szczery, to nie widzę w sobie obiektu odpowiedzialnego za te stany, które się we mnie pojawiają. I tutaj pojawia się nieporozumienie nr 2. Wydaje się, że ja mam wpływ na to co czuję. NIE MAM. Ty też nie masz. On, ten z nożem, też nie miał.

Jeśli mi nie wierzysz to sprawdź w sobie samym, czy możesz NIE czuć protestu wobec zdania: „On nie jest temu winien, winnych nie ma.”

Reklamy

Nie ma kim się stać.

Białe – czarne, ciepłe – zimne, moje – niemoje, twarde – miękkie, kochane – znienawidzone, dobre – złe, cokolwiek nie przyjdzie do głowy, wszystko można odnieść do czegoś innego, do czegoś przeciwnego lub czegoś, co charakteryzowane jest mniejszą lub większą intensywnością występowania jakiejś cechy. Gdy owa cecha obserwowanej rzeczywistości jest z nami w jakiejkolwiek relacji, to przybiera ona kształt automatycznego wartościowania zgodnie z programem wybierania tego, co bardziej pożądane. A bardziej pożądane, gdy budzi przyjemniejsze emocje lub wydaje się obietnicą słabszego odczuwania emocji nieprzyjemnych. Bez znaczenia właściwie, czy oddziaływanie to odbywa się bezpośrednio (bez udziału świadomego myślenia), czy reagujemy emocjami na myśli i skojarzenia uświadomione. Relacja wywołuje program. A w zasadzie relacja JEST programem.
Ciekawe, że właściwie nie możemy nie kierować się tym programem. Siedzi to pewnie gdzieś głęboko w genach, rzec by można jest naszym kodem maszynowym. Zawsze wybieramy to „lepiej”, nawet jeśli przyjdzie nam do głowy skoczyć w ogień albo strzelić sobie w łeb.
W zasadzie więc wszystko jest jasne. Nic nie można zrobić z tym, że ciągle trzeba robić aby było lepiej.

No OK, ale właściwie co z tego? No choćby to, że gdy przyjmie się z całym inwentarzem ów fakt, że nic z tym nie można zrobić, okazać się może, że wcale nie trzeba nic robić. Skoro to, że chcemy aby było lepiej, jest w nas wbudowane, tak jak oddychanie, jak trawienie czy pragnienie prokreacji, to może wcale nie trzeba tego jakoś specjalnie starać? Może czas odpocząć i czas pozwolić aby owo lepiej stawało się naturalnie, bez zbędnego myślenia, rozpatrywania wszelkich za i przeciw, pozbywania się jednych a podążania za innymi emocjami.

Tego „lepiej” wcale nie trzeba robić! Niczego już nie trzeba naprawiać. Żadnego świata, żadnej emocji. Zajmie się tym program a Ty zostaw to i patrz.

Granica

Siedzisz sobie na krześle i czytasz jakiś wpis na wordpressie. Niespecjalnie ciekawy, ani nawet śmieszny. Ot, po prostu zabijasz czas, więc trudno mówić o powodach czytania akurat tego a nie innego. Może kliknąłeś niechcący, może mnie znasz i jesteś ciekawy co mi znowu odwaliło. Może nawet szukasz czegoś, z czym mógłbyś się nie zgodzić aby umysł miał zajęcie. W zasadzie nie ważne.
Siedzisz na krześle. Krzesło stoi na podłodze. Podłoga jest częścią jakiegoś budynku, który stoi na Ziemi. „Ziemi” z wielkiej nie przypadkiem. W jakiś sposób dotykasz tej planety. Nie ma co do tego wątpliwości. Jakby się dobrze przyjrzeć to planeta jest częścią większej całości, czyli Układu Słonecznego. W pewien sposób wszystkie obiekty w jego obrębie dotykają się sieciami wzajemnych połączeń w postaci fal elektromagnetycznych, zakrzywień grawitacyjnych, czy czegoś tam – fizykiem nie jestem. Wszystko kręci się wokół siebie w sposób pozwalający zachować równowagę zatem jest połączone. Układ Słoneczny również jest częścią większej całości. Można więc to rozszerzać na Drogę Mleczną, gromadę galaktyk, supergromadę, Wszechświat.
W jakiś sposób siedząc na krześle dotykasz Wszystkiego.  Wydaje się to logiczne chociaż na pierwszy rzut oka zupełnie do niczego nie przydatne. Co z tego właściwie, że dotykasz Wszystkiego? No dotykasz i tyle. Pójdźmy jednak w drugą stronę tej osi, na której z jednej strony jest wszystko. Pójdźmy do środka. Krzesła dotykasz skórą (pomińmy spodnie albo sukienkę), czujesz też gdzieś głębiej mięśnie pośladkowe, kości miednicy. W jakiś sposób czujesz ciężar swojego ciała. Gdy się przyjrzysz to tych wrażeń związanych z siedzeniem jest przynajmniej kilka. Stopy na podłodze, zgięte kolana, napięcie w odcinku lędźwiowym, czy wyżej, w odcinku szyjnym. Ramiona utrzymywane w swej pozycji na skutek siły, której nie sposób zaprzeczyć, chociaż wymaga odrobiny uwagi by ją zauważyć.  Znajdujesz więc kilka czy nawet kilkanaście bodźców, które mówią Ci, że siedzisz. Ale pójdźmy głębiej. Tylko proszę, w tej podróży nie używajmy wiedzy na temat budowy ciała, badajmy własne doświadczenie. Zwróć uwagę z którego miejsca wiesz o każdym dotyku, o każdej sensacji w ciele. Nie  w którym miejscu wiesz, to już sprawdziliśmy wędrując wzdłuż ciała, sprawdźmy gdzie te bodźce docierają. Pisałem wyżej, by nie kierować się wiedzą aby nie zadowalać się jedynie odpowiedzią „no przecież mam układ nerwowy, więc bodźce wędrują z receptorów do mózgu”. Proszę o sprawdzenie we własnym czuciu jak to jest.
Trudno znaleźć to miejsce, z którego się wie o każdym doświadczeniu. Co więcej, wygląda na to, że to niemożliwe, bo każde miejsce, które znajdziesz, będzie także doświadczane. Niby jest gdzieś jakieś „ja”, które siedzi, ale nie sposób go doświadczyć.W gruncie rzeczy ciało zdaje się swoistym receptorem dla doświadczania będąc jednocześnie doświadczane. Gdy szukasz jakiejś granicy między tym co doświadczane a tym, co doświadcza, pojawia się zakłopotanie. Każda mentalna czy nawet fizyczna granica jest przecież czuta!
Może więc nie ma żadnej granicy? Może więc to wcale nie ty doświadczasz, tylko doświadczenie manifestuje się przez ciało doznając siebie samego? Wszechświat się bawi w czucie siebie samego korzystając między innymi z tego siedzącego ciała? Wszystko się śmieje do rozpuku, tworząc myśl, że siedzi tu ktoś i się z tym zgadza lub nie zgadza. Łka rzewnymi łzami, bo zamiast poruszenia liściem na drzewie stworzy lęk w jakimś mózgu. Albo oba na raz. Wszystko jedno.

No ale o co chodzi…?

No właśnie, o co właściwie chodzi? Nie wiem. Na prawdę nie wiem. Wydaje mi się jednak, że coraz częściej zauważam, o co nie chodzi.

Uwikłani jesteśmy w „robienie”. Gdy sięgamy po kubek z kawą robimy zaspokajanie pragnienia, robimy pobudzanie organizmu, robimy poprawianie sobie samopoczucia, robimy rytuał, który daje nam poczucie stabilizacji, względnej przewidywalności skutków. Zatem „robimy” porządany stan ciała, umysłu. Jest przyczyna i jest skutek. Cały czas dążymy do jakiegoś stanu. Czy to picie kawy, czy chodzenie do pracy, przepychanki na portalach, rozmowy z dzieckiem, rozwijanie się duchowo – wszystko ma prowadzić do tego, aby poczuć się lepiej, aby uzyskać stan, w którym jest wygodniej. Już nawet nie ważne, czy te wszystkie metody i sposoby są „robione” świadomie, czy automatycznie, z wyuczenia. Po prostu „robimy”, „dążymy” a jakość tych działań mierzymy stanem, który w ich wyniku uzyskujemy. Sprawa oczywista. Możnaby postawić teraz kropkę, za którą pojawiłaby się jedynie myśl, po co chrzanić takie truizmy, o których wie już nawet uczeń 5 klasy podstawówki.  Ta myśl jest dla mnie w pełni zrozumiała i kompletnie się nie zdziwię, jeśli spowoduje zamknięcie strony z tym wpisem.

No OK, ale może jednak będę pisał dalej, serwując kolejny truizm, trochę może bardziej elitarny. Otóż wygląda na to, że nie chodzi o żaden stan. Każdy doświadcza tego, że ten czy inny stan nie jest niczym stałym. A całkiem nie mała ilość osób czuje podskórnie, że jest coś więcej, niż stan. Jest coś w nas, co o każdym stanie wie. Coś, co niezależnie od okoliczności jest świadome cierpienia, radości, złości, spokoju, bólu, przyjemności. Spośród tych osób znajdzie się pewnie grono, które pielęgnując, bądź „dostając z nadania”, dochodzi do poczucia, że nie są tym, co się przejawia, tylko tym, co jest tego świadome. No i wtedy pojawia się stan, w którym się wie, że nie chodzi o żaden stan. Kropka. Przy czym ta kropka, jeśli ktokolwiek do niej dotarł, pewnie nie budzi już zniechęcenia bądź pobłażania dla stanu umysłu autora, tylko raczej rodzaj złości, jeśli owa kropka będzie kojarzona z jej autorem, albo niepokoju, gdy pozostanie bezosobowa.

Stan, w którym się wie, że nie chodzi o żaden stan, mógłby być całkiem fajnym stanem, gdyby nie to, że jeśli miałby być czymś stałym, musiałby się równać śmierci. Śmierć fizyczna załatwia to dokumentnie i jest banalna. Raczej chodzi tu o śmierć ego czyli całego sytemu przekonań na swój temat. Taka śmierć jest ostatnio dość modna i sporo się o niej mówi tu i tam. Traktuje się ego, jako swoisty twór w sobie, które to ego należy albo ubić, albo postawić na właściwe miejsce. Stawianie na właściwe miejsce odbywać się może różnie: mówią – nie wierz mu, obserwuj je, nie utożsamiaj się z nim, jesteś ponad to, zaakceptuj je, odpuść i pozwól. Albo bądź tu i teraz, bo ego żyje jedynie w przeszłości i przyszłości. Gdy będziesz tu i teraz to ego zniknie. Uzyskasz stan, w którym nie chodzi o stan i wtedy będzie gitara! No ale przecież nie trzeba być orłem, żeby zauważyć, że to nie ma sensu. I to nie sensu, w sensie sensu, ale sensu sensu. Metasensu nie ma taki metastan.

Co zatem dalej? Dalej, aby wszystko było jako tako spójne, można (tak mi się wydaje przynajmniej) odpuścić sobie śmierć ego, na korzyść tego, że w zasadzie nigdy się nie urodziło. Nie istnieje. Ale nie tylko nie urodziło się ego. Nie ma też nikogo i nigdy się nie urodził ktoś, kto miałby mieć jakąkolwiek relację do ego. Idea jakiejkolwiek świadomości, która jest świadoma czegokolwiek (jakiejkolwiek relacji), również staje się fałszywa. Pozostaje jednynie świadomość świadoma sama siebie. Nie świadoma czegokolwiek, JEDYNIE świadoma sama siebie.

Tylko, że ja tego nie wiem.

Stopienie

Leżałem sobie dzisiaj rano, lubię tak obudzić się kilkadziesiąt minut przed budzikiem, i przyszła taka myśl: „a co by było, gdyby ona nie przyszła, ta myśl”? Byłoby leżenie, dotykanie pościeli, czucie ciężaru ciała na materacu, ciepła, które niesie kołdra, miękkość poduszki, oddech, półmrok i zarys okna w sypialni. Resztki snu rozpuszczane mrowieniem krwi w kończynach,  suchość w ustach, delikatna wibracja w brzuchu, może początek odczucia głodu? Byłoby wszystko, co wydaje się światem, wszystko, czego to ciało jest w stanie doświadczyć w kontakcie z otoczeniem. I przyszło jeszcze jedno: gdy przyjąć za pierwszoplanowe doświadczanie, to właściwie nie ma żadnej granicy między ciałem a otoczeniem. Może nie piszę zrozumiale, ale chodzi mi o to, że jeśli nie brać pod uwagę żadnej wiedzy ani przekonań o swoistości ciała i relacji w jakie wchodzi, to trudno postawić granicę między tym co na zewnątrz a tym co wewnątrz. Jedyne co jest, to doświadczenie samo w sobie, bez żadnych własności. Można by powiedzieć, po prostu „życie”.
Oczywiście w tym „życiu” pojawiają się myśli, które nadają znaczenie doświadczeniu. Podstawowym znaczeniem jest przekonanie, że to ja doświadczam. Że to mi przydarzają się wszelkie interakcje. Przekonanie o swojej podmiotowości leży u podstaw kolejnych znaczeń wartościujących doświadczenia. Pożądane, niepożądane, miłe, niemiłe – słowem emocje i uczucia.

I w tym miejscu pojawić się może zmiana, pęknięcie albo rysa na dotychczasowym sposobie pojmowania świata. Przecież w istocie myśli i emocje również są doświadczeniem. Zatem wszelkie wartościowanie także odbywa się w pewnej przestrzeni. W przestrzeni, która niejako jest wiedzeniem o doświadczaniu. Tak jak jest coś, co słyszy dźwięk budzika, tak samo jest coś, co słyszy myśl „pora wstawać”. I coś, co czuje złość/radość/obojętność wobec tych faktów. Tego nikt pewnie nie zakwestionuje. Swoją drogą ciekawe, że nie podlega żadnej wątpliwości, że owo „wiedzenie o doświadczeniu” jest wspólną własnością każdego człowieka. Co więcej, każda żyjąca istota w jakiś sposób wie o doświadczeniu mimo, że nie ma takich możliwości nadawania znaczeń, jakie mają ludzie.

Zatem jest wiedzenie o doświadczeniu jakie niesie ciało, jest wiedzenie o doświadczeniu jakie daje umysł. Jest nawet wiedzenie o myślach, które łączą doświadczenia z myślą „to mi się przydarza”. Rzecz tylko w tym, by pamiętać o tym wiedzeniu, ponieważ wtedy klocki wpadają w swoje miejsca a obraz stapia się w jedno.

Zmysły

Wie się, że jest świat w około i nie ma co do tego żadnych wątpliwości. W zasadzie. No bo jak nie, jak tak.
Jest wzrok, który widzi. Nawet jak się zamknie oczy to w sumie też się widzi, tylko nic konkretnego. Wnętrze powiek, powiedzmy.
Jest słuch, który słyszy. I tu generalnie również ciężko o znalezienie przerwy w tym procesie. Przecież ciągle się coś słyszy. A jak już jest cicho jak w grobie, to się słyszy delikatny szum krwii w uszach. Lekki pisk. No ja tak mam, w każdym razie.
Jest dotyk, który się czuje. Na okrągło coś się czuje. Nogi na ziemi, tyłek na krześle, oddech w piersiach. Cokolwiek.
Z węchem to już może jest trochę inaczej, bo nie koniecznie cały czas rejestruje się zapachy. Może to kwestia czułości nosa, pewnie pies ma inaczej.
Ze smakiem jak z węchem. Chociaż jak się dobrze przyjrzeć to ciągle się jakiś tam smak w ustach ma.
I to by pewnie było na tyle, jeśli chodzi o to, że wie się o świecie wokół siebie. Nawet nie chcę tutaj podważać obiektywności istnienia świata na zewnątrz, skoro nie wie się o nim bezpośrednio tylko za pomocą zmysłów. Może wystarczy zauważyć, że znakomita większość ludzi ma podobnie i wyciąga podobne wnioski na temat otoczenia, by przestać to rozkminiać. Ale nie o tym, nie o tym.
Chciałbym bowiem zwrócić uwagę na następujący fakt. Oprócz rejestrowania tego co nas otacza, rejestrujemy również „sensacje” wewnątrz ciała. Podobnie jak dźwięki na zewnątrz, słyszy się głos w głowie. Chodzi o myśl. Po prostu słyszy się ją w głowie. Czyli jest jakiś rodzaj słuchu, który ją rejestruje. Może nawet nie jest to rodzaj słuchu, po prostu jest coś pierwotnego wobec każdego zmysłu, coś z czym mamy do czynienia, gdy bada się świat wewnętrzny i zewnętrzny. To jest wiedzenie o czymś, czegoś świadomość. Tak jak gdy słuchasz czegoś na zewnątrz to oprócz kojarzenia rodzaju tego dźwięku, pojawia się wiedzenie o nim, tak gdy słyszysz myśli, mimo, że nie ma już kojarzenia rodzaju dźwięku to owo wiedzenie jest. Więc w istocie nie wiesz, jak brzmi głos mówiący w głowie, ale wiesz, że jest i rejestrujesz przekaz, który sobą niesie. Podobnie jest z emocjami, które odbierane są za pomocą „wewnętrznego dotyku”, wewnętrznego czucia. Każda emocja to sensacja w ciele w formie ciepła, ucisku, motyli, gula plus myśl, która je wywołuje.Swoją drogą dość ciekawą „zabawą” wydaje się obserwowanie tego, jak myśl wywołuje emocję. Np. „ona mnie już nie kocha” – ścisk w piersiach nazywany smutkiem, lękiem. „Jak można tak łamać konstytucję” – gorąco w brzuchu, napięcie karku (złość, bezradność).
No i teraz czas na kontrowersje. Skąd właściwie wiadomo, że głos w głowie jest własny? Że jest własnym głosem o sobie samym? Przecież mamy kilka dowodów na to, że tak nie jest. Po pierwsze: jest słyszany. Kto go słyszy? Po drugie: nie ma kontroli nad myślami. Najlepszym sprawdzianem jest uświadomienie sobie, że nie wie się co się pomyśli za chwilę. I żadna sztuczka, typu „ja za chwilę pomyślę o dupiemaryni” a potem powtarzanie „dupamarynia, dupamarynia…” nie załatwia tematu, ponieważ wiesz tylko o tym, co myślisz TERAZ.  Czy „myślenie pozytywne”, gdzie jedna myśl próbuje zmienić inną myśl z tej, która wywołuje nieprzyjemne emocje, na tą, która wywołuje przyjemne. I lądowanie z ręką w nocniku. Po trzecie: myśli chodzą zwykle utartymi szlakami. Szlakami, którymi przyzwyczaił się reagować umysł. Swoistymi programami wdrukowanymi w okresie dzieciństwa, czy lat późniejszych, często również dziedziczonymi. To trochę zwalnia z odpowiedzialności za ich treść. Po czwarte: myśl jest czymś wtórnym wobec rzeczywistości. Nikt nie wątpi chyba, że każdy z nas jest częścią tego świata. Z prochu powstał i tak dalej. Więc jest jakaś rzeczywistość, której jest się częścią i w tej rzeczywistości pojawia się myśl o sobie w relacji do tej rzeczywistości. W istocie sama myśl tworzy tą relację. Relacja do rzeczywistości nie istnieje, jest jedynie koncepcją. Koncepcją, która pojawia się wobec zjawisk wywołujących mniej lub bardziej pożądane reakcje w ciele (emocje). No i gitara. Wydawałoby się, że sprawa jest rozwiązana. Wygląda na to, że chodzi o to, aby w ciele czuć przyjemność. To jest celem. No ale czy to prawda? Przecież czucie przyjemności to również jest forma relacji siebie wobec swojego ciała. To również jest koncepcja.

Co dzieje się więc, gdy zrzuca się z siebie bagaż związany z braniem na siebie odpowiedzialności za swoje myśli i emocje? Co dzieje się, gdy przestaje się naklejać etykiety na sensacje w ciele? Co dzieje się, gdy „strach o lepsze jutro” obserwowany jest takim, jakim jest, czyli pozwala się istnieć uciskowi w piersiach, napięciu w udach, ćmieniu z tyłu głowy? Widzi się myśli, że pewnie jutro zabraknie (pieniędzy, miłości, spokoju, akceptacji, whatever..), ale nie idzie się za nimi? Gdy przestaje się stawiać opór temu, co akurat jest wokoło i w sobie samym (czyli w sumie też wokoło jakiegoś bliżej nie określonego centrum siebie)? Gdy zauważa się, że to, co akurat jest nigdy nie ma żadnego przeciwieństwa, że rzeczywistość nie ma żadnego przeciwieństwa. Że jakiekolwiek przeciwieństwo tworzy jedynie myśl, którą wzięło się serio i postanowiło za nią podążyć.

Oboże!

Jeśli wydawało się, że do tej pory pisałem o niczym, to tylko tak się wydawało. O niczym to dopiero zacznę pisać! Dość już pisania o czymś co przykryte jest wytartą kołdrą z wszystkiego co zwykło ostatnimi laty przychodzić do głowy albo wyrasta na zatęchłym już kompoście różnych koncepcji. Teraz to dopiero będzie pisanie o niczym! Koniec z przekazami, z odczuciami, z tuiterazami. I niech no tylko przyjdzie jakaś myśl do głowy, która chciałaby zaistnieć na ekranie mojego laptopa – natychmiast będzie ubijana! Złapię ją za dziób, zawiążę na nim czerwoną kokardę i będę patrzył jak niema wybausza oczy w pragnieniu się wyrażania. Jak w końcu zamyka gały, gdy z braku słuchacza, odpływa w niebyt pozostawiając po sobie jedynie ten czerwony sznurek. I będę czekał na następną by zrobić jej to samo. I niczym więcej nie planuję już się zajmować, co najwyżej usprawniać wiązanie węzłów. Pocieszające jest to, że nigdy nie ma ich więcej niż jedna na raz. Dlatego wystarczy mi ten jeden powrozik. I nie ważne, że umierając wywołuje w ciele różne sensacje. Nie ważne, że ściska za serce, albo skręca kiszki. Albo podnosi ciśnienie, zalewając falą gorąca i potu. Będę to wszystko widział i nie napiszę już kompletnie o niczym. Wróć! Nawet nie „nie napiszę kompletnie o niczym”, ja przecież już nie piszę o czymkolwiek. Nie ma tu nic, zupełnie nic, co mogłoby komukolwiek cokolwiek dać, co ktokolwiek mógłby wziąć dla siebie i coś z tym zrobić. Nie ma też żadnego wzbudzania emocji ani poruszania czułych punktów. A już zupełnie nie ma tu historii czy opowieści. Jeśli jeszcze to czytasz, to proszę, przestań. Spożytkuj ten czas lepiej. Nie wiem, zrób sobie herbaty albo idź pobiegać. Nie przeczytasz tu o niczym, ponieważ ja kompletnie nie mam nic do przekazania. Nie jestem w stanie napisać o niczym, czego byś sam nie wiedział. Tak jak Ty nie jesteś w stanie przeczytać tu o niczym, co byłoby dla Ciebie nowe. Żadnej informacji, zero jakiejkolwiek wiedzy. Nie ma żadnego sensu ani powodu. Ani też żadnej przyczyny i skutku. Jeśli wciąż jednak ten brak jakiegolwiek przekazu wydaje się nierealny, to spróbuj sobie wyobrazić, że autor tego wpisu nie istnieje. Nie ma go. W istocie nie odbiegniesz daleko od prawdy. Co więcej, będziesz jej tym bliżej, im bardziej ją poczujesz. Nie wymyślisz, nie wykoncypujesz, tylko poczujesz, że autor tego wpisu nie istnieje. Sam żeś sobie to stworzył.