Flaszka

Plastikowa butelka z wodą „źródlaną” wydawała się twarda jak kawałek drewna. Za każdym razem gdy brał w rękę nowy pojemnik pojawiało się to samo, zdziwienie jak to możliwe, że miękka woda i elastyczny plastik tworzą tak zwartą strukturę. Trwało to bardzo krótko, nie sposób wręcz stwierdzić ile, zanim nie rozwiało się wraz z wiedzą o różnicach ciśnień między tym co wewnątrz, a tym co na zewnątrz.  Zdał sobie sprawę, że będzie musiał zburzyć tą homeostazę, jeśli tylko będzie chciał się napić.
Zanim się spostrzegł, jego prawa ręka powędrowała w stronę korka. Zauważył ten ruch, gdy już zabierała się do odkręcania. O nie! – pomyślał. Poczekaj! – palce zwolniły swój uścisk, wciąż jednak trzymały niebieski pierścień. Dłoń gotowa do działania układała się na korku w doskonały wzór stworzony, aby odkręcać, zwiększając maksymalnie powierzchnię tarcia. Pozwolił sobie poczuć drobne karbiki na skórze. Jakże odmienne wrażenia dobiegały z obu dłoni. Lewa, trzymająca butelkę, wysyłała uczucia przyjemne – lekki chłód, delikatność gładkiego polietylenu a jednocześnie pewne oparcie. Prawa, wygięta pod kątem względem przedramienia, z palcami oplecionymi wokół małego szorstkiego obiektu, nie dawała takiego wrażenia wygody. Uzmysłowił sobie, że nie wytrzymałaby zbyt długo w takiej pozycji. Zaciekawiło go, co by się stało gdyby zamienić ręce. Niech prawa trzyma butelkę a lewa odkręca. Co należy zrobić, aby tak się stało? Co musiałby wiedzieć, jakie impulsy wysłać aby dłonie zamieniły miejsce? Dał sobie kilka sekund na znalezienie w sobie tej umiejętności, ale jakoś nie mógł znaleźć niczego konkretnego. Z konsternacją zauważył, że właściwie to nie znajduje w sobie lokalizacji, z której miałby te impulsy wysyłać. Oczywiście wiedział o mózgu, układzie nerwowym, odruchach warunkowych, automatyzmie, wzorcach itd. Ale cała ta wiedza w żaden sposób nie tłumaczyła, dlaczego przyglądając się temu, nie mogł znaleźć nic. Jedyne czego był pewien, to to, że umiałby to zrobić, czy się temu przyglądając, czy w tym czasie myśląc zupełnie o czym innym. Bez dodatkowej zwłoki udowodnił to sobie. Zamiana nie trwała dłużej niż sekundę a już lewa ręka trzymała korek a prawa butelkę. Obie nie mogły zrobić tego lepiej. Były gotowe do ściskania, odkręcania, otwierania. Nad językiem poczuł suchość a jednocześnie ślinianki zaczynały już swoją pracę. Grdyka się poruszyła i zauważył, że przełknął, mimo, że jeszcze nie było nic do przełykania. Powierzchnia wody w przezroczystej butelce drgała nic sobie nie robiąc z ciśnienia powietrza nad sobą. Wszystkie dziesięć palców zacisnęły się gorliwie, bezwiednie nabrał powietrza spodziewając się zmiany twardości butli po zredukowaniu ciśnienia. W ostatnim momencie złapał butelkę trochę niżej, tam, gdzie tłoczenia dna usztywniały konstrukcję. Wszystko już było gotowe, tymczasem on postanowił napić się nie odkręcając korka.

Reklamy

Trening, ciąg dalszy.

…Skojarzenie z końcem przewodu pokarmowego było wyjątkowo natarczywe…

Ale jaki właściwie mam wybór? – pomyślał o swoim treningu, który nie przyniósł mu żadnej satysfakcji. Co miałby robić, gdyby tego nie robił? W jaki sposób mógłby zaprzeczyć temu, co jest?
No cóż, mógłbym robić w tym czasie coś innego, albo robić to samo, czując co innego. Flow, radość,  spełnienie – tak, te uczucia wydają się bardziej na miejscu. Tylko czy one istnieją gdzieś poza mną a moją rolą jest je osiągnąć, cisnąc jeszcze mocniej w pedały? Albo nie cisnąć tylko na przykład gapić się na świeżo wymalowany płot? Albo pisząc coś na blogu?
Zdał sobie wyraźnie sprawę, że nigdy, NIGDY, nie będzie przeżywał niczego innego, poza tym, co akurat przeżywa. Nawet jeśli w tym momencie będzie pragnął przeżywać co innego, to owo pragnienie będzie tylko tym, co jest akurat przeżywane. Nie jest w stanie wyrwać się z chwili obecnej. Po prostu nie może tego zrobić, tak jak nie może wyjść z siebie i stanąć obok. A nawet jeśli udałaby mu się ta ekserioryzacja, to wciąż będzie tym, który na to patrzy.
A mogłoby tego nie być – przypomniał sobie słowa, które usłyszał od przyjaciela. Po prostu, mógłby nie istnieć. Mógłby tego wszystkiego nie czuć, nie przeżywać, nie doświadczać. Przez chwilę pomyślał, że poprzez samo swoje istnienie dostał szansę i powinien być za nią wdzięczny. Ale nie potrafił znaleźć punktu odniesienia, określić właściwie komu ta szansa została dana. Gdy tylko stawiał się jako ktoś, kto ją dostał, pojawiał się od razu lęk, że jej nie wykorzysta. A przecież ów lęk sam z siebie również był składową tej szansy. Każde doświadczenie było szansą. Jego bycie było szansą. On sam był szansą, potencjałem, możliwością. Był wszystkim, czego doświadcza. Absolutnie i bezgranicznie wszystkim. Był pierwotnym wyborem. Ostatecznym przyzwoleniem. Pierwszym, który widzi wszystko. Tym, który wybiera być zadowolonym i niezadowolonym. Wybiera być spełnionym i niespełnionym. Wybiera być katem i ofiarą.
Skoro wybiera nie chcieć tego, co jest, to niechcenie jest właśnie tym, co jest.
Jeśli tak, to można wcisnąć STOP i zluzować nogę.

Trening

Runda, którą sobie wytyczył nie była zbyt długa. Miała 12 km 700 metrów i wiodła lasem, opodal którego mieszkał. Dobrze się nadawała do celu, który sobie wyznaczył, czyli do poprawy wydolności w strefach w okolicach progu przemian tlenowych i beztlenowych oraz VO2max. Kilka krótkich podjazdów, dwa odrobinę dłuższe, przerywane zjazdami i odcinkami płaskimi, sprawiały, że serce wchodziło często na wysokie obroty przerywane chwilami na odpoczynek. Zdawał sobie sprawę, że stosunkowo mała ilość czasu, którą przeznaczał na trening wymaga właśnie takich jazd, aby jak najlepiej go wykorzystać. Dzisiaj również czekała go jego pętla. Akurat godzina jazdy w tym pół godziny mocno. Zakładając kask na głowę pomyślał o przymierzanym niedawno w sklepie nowym modelu kasku bontragera. Idealnie pasował i świetnie wyglądał. Z pewną niechęcią założył swój stary Giro, który służył już kilka lat. Brakowało mu nowoczesnej, dopasowującej się do głowy wkładki, duże otwory wpływały niekorzystnie na aerodynamikę, nie to, co ten nowy za 899 zł.  Dziewięć stów niby nie tak wiele, ale z drugiej strony to przecież fanaberia, gdy stary wciąż działa. Założył pasek pulsometru, włączył Garmina – można jechać. Nacisnął na pedały. Po kilku mocniejszych obrotach z roweru dobiegło niepokojące tykanie. Cholera jasna – pomyślał – przecież wczoraj rozkręcałem suport i wszystko wyczyściłem. Nie powinno nic hałasować. W myślach zaczął przeklinać te nowoczesne rozwiązania, które wymagały wciskania łożysk bezpośrednio w karbon. Przecież nie będę co chwila wymieniał łożysk. Każda taka operacja to wydatek ponad 100 złotych, a w firmie nie idzie teraz najlepiej. Mimo, że wiedział, że zwykle wiosną jest przestój i brakuje pracy, to świadomość, że wszelkie nadwyżki wypracowane jesienią i zimą znikają jak śnieg w wiosennym słońcu, powodowała lęk. Lęk tym większy, że sama wymiana łożysk naruszyć może delikatną strukturę materiału, z którego zrobiona jest rama – a to już wydatek kilku tysięcy. Tykanie w suporcie zaczęło być wyraźniejsze, gdy stanął w pedałach na pierwszej hopce. Rzucił okiem na garmina – 400 Wat, to sporo za dużo, jak na rozgrzewkę. Do rundy treningowej miał jeszcze ponad kilometr. Serce też zbyt szybko uderza, pewnie dlatego, że wczoraj wypił trzy piwa. Nie powinien był tyle pić, ale promocja w żabce „weź cztery za 8,99”  kusiła. Dojechał do pętli, wcisnął LAP. Na początku lekki podjazd. Tutaj trzyma zwykle 300-320 Wat. Nie jest to zbyt wiele ale akurat tyle, aby serce weszło na obroty. Po minucie dość szybki zjazd i ostry zakręt w lewo. Sprawdził odczyt prędkości – jeśli pokonywał go z prędkością mniejszą niż 30 km/h to znaczy, że się źle do niego złożył. Da się ten łuk pokonać nawet o dwa kilometry na godzinę szybciej. Pewnie jakiś proamator, kilku ich znał, zrobiłby to jeszcze sprawniej, ale on bał się ryzykować szlifów. Kilka zakrętów prawo lewo, zjazd po bruku, mostek nad torami i kolejny podjazd. Przycisnął mocniej. Na tym podjeździe chciał trzymać moc w okolicach 360 – 380 Wat. Zajmowało mu to zwykle około dwóch i pół minuty. Mimo, że dzisiaj nie chciał walczyć o jakikolwiek znaczący wynik na wyznaczonym na tym podjeździe segmencie, myśl o dobrym wyniku na Stravie sprawiła, że na garminie pojawiło się ponad 400 W. Długo nie utrzymam tej mocy – pomyślał – ostatnio zbyt mało jeżdżę. Co z tego, że jego najlepszym wynikiem dla 400 W było ponad 5 minut, teraz jest słabszy. 2 minuty i nogi pieką a serce szaleje. Zbyt mało treningów. Nie napawało go to optymizmem. Zatęsknił za uczuciem mocy, które pojawiało się znikąd, ale zawsze po dobrze przepracowanym okresie. Gdy trzymał się planu. Nie tak, jak teraz. Przed sobą zobaczył dwie osoby. Szły obok siebie, zwrócone do niego plecami. Właśnie zaczął nabierać prędkości po pokonanej hopce ale teraz będzie musiał chyba zwolnić. Strasznie go wkurzali ludzie, którzy idą całą szerokością drogi. To, że go nie widzą gwarantowało, że zachowają się nieprzewidywalnie, kiedy będzie ich mijał. Dobrze byłoby mieć dzwonek, ale dzwonek w wyścigowym rowerze jest niedopuszczalny. Tutaj nawet nie ma z czym dyskutować. Pozostało krzyknąć „uwaga!”. Kompletnie nie zdziwiło go to, że na sam dźwięk jego głosu, spacerowicze spłoszyli się wykonując nieskoordynowane ruchy, ale fakt, że zrobił to odpowiednio wcześniej, pozwolił na znalezienie luki między nimi. Tym razem obyło się bez większego zwalniania. Mijając, zobaczył ich przestraszone twarze, które nie zdążyły jeszcze przybrać wyrazu złości. Poczucie winy pojawiło się gdzieś w głębi jego duszy ale szybko zagłuszył je zapach perfum. Noszkurwamać! Po co, powiedzcie mi, po co perfumować się na spacer do lasu? Nie lepiej spotkać się z naturą? Wdychać woń budzącego się do życia lasu? – pomyślał. Teraz odcinek płaskiego szutru. Brak deszczu w ostatnich tygodniach sprawił, że na zwykle ubitym podłożu leżał miałki piasek. Dobrze, że wypracował już technikę pokonywania takich przeszkód, ale dodatkowy opór nie wpływał korzystnie na prędkość. Zamiast odpocząć trzeba było mocno kręcić. Krótki zjazd i kolejny podjazd. Korzenie. Niebezpieczeństwo dobicia przełajowej opony i złapania kapcia. Dobrze, że jest w gumie mleczko uszczelniające. Podjazd pokonany, teraz płasko, zjazd i kolejna hopa. 20 minut. Najlepszy jego czas na tym kółku to trochę ponad 24 minuty a teraz ma jeszcze z 10 minut do końca. Szkoda gadać. Trzeba przycisnąć. Zapomniał o założeniach, że miało być umiarkowanie mocno. Nie dopuści, aby nie zmieścić się w pół godziny. Oddech był krótki, wymuszony. Zaczęło go cisnąć w płucach. Pot spływał do oczu, które piekły bo oczywiście nie nałożył czapeczki pod kask. Jeszcze odcinek prostej i zamknął kółko. Wcisnął LAP. Można zluzować. Myśl, która zakołatała w głowie – trening musi zostać odbyty – nie przyniosła spodziewanej satysfakcji. Skojarzenie z końcem przewodu pokarmowego było wyjątkowo natarczywe…

Drzwi

Zapukał nieśmiało. W końcu sie odważył. Przechodził już setki razy obok tych starych, drewnianych drzwi. Czas ich świetności wyraźnie minął, chociaż materiał oraz wykonanie świadczyły tak o kunszcie stolarza jak i zasobności portfela zamawiającego. Oczywiście nie można wykluczyć, że jakiś zdolny rzemieślnik wykonał je dla siebie samego, w tym wypadku pozostawało mieć nadzieję, że jego umiejętności były odpowiednio wynagradzane. Zapukał jeszcze raz, tym razem nieco mocniej. Ośmieliło go to, że zza drzwi nie dochodziły żadne dźwięki. W istocie samo stukanie było całkiem przyjemne. Lite drewno w kontakcie z kością chroniona cienką warstwą skóry  wydawało ciepły, głęboki dźwięk. Krótkotrwałe ukłucia w knykciu, zdawały się dowodem na właściwe działanie ciała a towarzysząca temu niepewność i ciekawość, na żywy umysł. Oczywiście nie musiał akurat dobijać się w jakieś wrota, aby cieszyć się ciałem i umysłem. Ucisk ziemi na stopy czy głębszy oddech wraz z tyloma towarzącymi mu odczuciami były argumentami za tym samym. Od pewnego czasu coraz częściej sobie to uświadamiał.
– kto tam? – męski, lekko ochrypnięty głos dobiegł zza drzwi.
Zamarł w bezruchu. Powinien się spodziewać tego pytania, jednakże nie miał przygotowanej żadnej odpowiedzi. Naturalnie, pytanie skierowane było w stronę tego, który pukał – nie było żadnych wątpliwości – pukanie w drzwi powoduje zwykle właśnie taką reakcję. Niemniej fakt, że nie zakołatał w jakimś konkretnym celu, spowodował konsternację. Jak wyjaśnić to dobijanie się? Przedstawić się z imienia i nazwiska? Przypomniał mu się skecz Kabaretu Dudek o Kubie Goldbergu i nazwisku, które nic nie mówi. Może więc podać swój zawód, opowiedzieć o swojej firmie, albo zainteresowaniach? Przecież to bez sensu, co kogo może obchodzić to, czym się zajmuje? Płeć, wiek – bez znaczenia, sam przecież o sobie zwykle nie myślał w tych kategoriach. Zdał sobie sprawę, że łatwiej byłoby odpowiedzieć kim nie jest. Nie jestem tu żebrać, nie przyszedłem kupić, nie pukam, aby coś załatwić…
– Kto tam? – w głosie dało się wyczuć zniecierpliwienie.
Konsternacja zamieniała się  w panikę. Jezu, co teraz? Kim mogę być dla kogoś, kogo nie znam? Kim mogę być dla kogoś, kogo nie interesuje moja historia? Kim jestem, jeśli nie biorę pod uwagę celu swojego działania? Kłamstwo mogłoby być najłatwiejszym wyjściem. Dobrze to znał. Umiał być ofiarą, gdy chciał by ktoś coś mu dał. Umiał być szefem, gdy pragnął wywołać jakieś działania. Umiał być ojcem, gdy wydawało mu się, że trzeba chronić dziecko.  Ale kłamstwo bez celu, to jak danie sobie samemu w pysk.
– to ja – usłyszał cichy głos, który wydobył się z jego zaciśniętej krtani
– kto?
– ja! – powiedział głośniej
– jakie „ja”?! – mężczyzna był wyraźnie zdenerwowany
No jak to jakie? Przecież stał tu i wiedział o tym, że stoi. Czuł jeszcze na palcu film bólu po niedawnym pukaniu a w uszach wciąż mu wybrzmiewało pytanie zadane przez nieznajomego. Zdawał sobie sprawę z przyspieszonego oddechu i z kołatania serca w piersiach, strachu i pragnienia, aby wyjaśnić sytuację. Tyle wrażeń, które świadczą o tym, że jest, że istnieje, a zwykły brak powodu pozostawia go bezradnym wobec pytania o samego siebie, tu pod tymi drzwiami.
Musi być coś, co mu odpowiem – pomyślał. Musi być coś, co jest prawdą o mnie. Przecież jestem kimś! Chyba mam jakąś tożsamość, która nie zależy od miejsca, w którym mieszkam, od roli, którą pełnię, od rzeczy, które lubię lub których nienawidzę. Tylko na ile są prawdziwe, skoro w tym momencie kompletnie nieprzydatne? Skoro teraz  nieprzydatne, to czy w ogóle mogą być bezwględną prawdą o mnie? Po czole zaczęły mu spływać krople potu.
– nikt – usłyszał swój głos –  po prostu pukam i boję się, że otworzysz.

Lepiej

Dużo się mówi o tym aby mieć dobry wizerunek samego siebie. By starać się być lepszą wersją, by dążyć i sięgać, by szukać i znajdować. Tak tym nasiąknąłem, że nawet nie przychodziło mi do głowy aby podważać te tezy. Zatem jak jedziesz na rowerze z mocą 300 W przez 20 min to jest OK, ale jeszcze lepiej, gdybyś jechał tyle watt przez 30 min albo 330 W przez te 20. A jak zarabiasz 3.000 to lepiej by było 3.500. A jak wkurwionyś, to lepiej jakbyś nie był. Być wesołym też lepiej niż smutnym. Albo młodym. Albo zdrowym.
Tylko, za pozwoleniem, dlaczego niby? Można by sobie wiele gadać o tym, jak to lepiej jest to od tamtego, drążyć i wiercić, odkrywać wzniosłe idee i je po kolei obalać, aż dojdzie się do miejsca, w którym widać, że po prostu lepiej jest, jak jest przyjemniej.  No bo przecież jeśli nawet poświęcisz swoją fizyczną wygodę w imię jakiegoś większego „dobra” to i tak po to, aby było przyjemniej…
No właśnie, ale jak właściwie jest? Sporo wiem o tym jak powinno być ale czy w ogóle zastanawiam się jak jest? I czy w ogóle mogę wiedzieć JAK jest (czy choćby przyjemnie czy nie) bez konfrontowania tego, z tym jak było w przeszłości albo jak być powinno w przyszłości? Co więc jest, jeśli poobdzierać to JEST z koncepcji? Co mi zostanie, gdy nie będę czuł pragnienia aby było lepiej? Czy aby nie WSZYSTKO, czego i tak i tak doświadczam?

A gdyby tak przyjrzeć się zwierciadłu…

W klubach fitness mają takie wielkie lustra. Z resztą nie tylko tam.  Ogólnie luster jest wkoło sporo, ale chodzi o takie, w którym widać więcej ludzi, niż tylko tego, który akurat się przegląda. Dlatego te na fitnesach albo siłowniach są najlepsze. Wystawiam więc sobie taką sytuację, żadną z resztą szczególną, najbardziej typową z typowych, z jaką się można spotkać na pilatesach czy innych bodypumpach: grupa ludzi odwrócona w stronę lustra robi różne ruchy zgodnie z komendami prowadzącego. Wszystko elegancko widać w odbiciu, klimatyzacja szumi, karnet jest opłacony na miesiąc do przodu, a ciała się ruszają w rytm muzyki i okrzyków. Nie szukam jednak teraz w tym sensu, jakiś jest, a może nawet jest tych sensów więcej, pewnie dokładnie tyle ile ruszających się odbić plus sens tego, który na tym zarabia.
Ale nie o tym, nie o tym. Na razie ciała się gibają, podrygują, niektóre nawet falują. Muzyka dudniąc rytmicznie głuszy posapywania i pojękiwania. Nie maskuje co prawda zapachu, ale ten mimo swej specyfiki wcale nie jest nieprzyjemny. A ja tymczasem skupiam się z powrotem na tym, co widać w lustrze.  Przez chwilę nie wyróżniam żadnego z ciał, nie oceniam walorów, sposobu poruszania się czy zaawansowania. Nie zwracam również szczególnej uwagi na jedno, które znam jako swoje. W sumie nie jest to trudne, przecież akurat swoje ciało w całości widuję rzadziej niż np ciało mojej żony, czy współpracowników. Pozwalam więc sobie aby żadne z tych odbić nie było własnym i nie pojawiała się żadna ocena. To dosyć łatwe, gdy umysł skupiony jest na tym, by się ruszać w rytmie i na temat oraz by nie poddawać się postępującemu zmęczeniu. Na moment traktuję to wielkie odbicie jako właściwą rzeczywistość.
I mógłbym w tym tak zostać gdyby nieuchronnie nie pojawiało się poczucie własnego ciała. Wyraźne wrażenia ruchu, oddechu, bólu, potu, dotyku maty, poruszającego się powietrza na mokrej skórze. Następnie ukazują się myśli. Zwykle dotyczące zmęczenia albo oceniające siebie czy innych. Jest więc rzeczywistość w lustrze i rzeczywistość odczuć i myśli w jednym z tych odbitych w lustrze ciał. Zabawne, bo pojawia się również przekonanie, że inni mają to samo. Rodzące się bardzo podobne myśli i widzenie takiego samego odbicia w lustrze. Prawie takiego samego, bo pod innymi kątami. Przestaje być takie istotne, które z odbitych w lustrze ciał przeżywa to, co akurat przeżywa, skoro wszystkie przeżywają podobne rzeczy.
Muzyka przyspiesza, prowadzący wchodzi na kolejny poziom nieumiarkowania, zmęczenie staje się coraz większe. Wszystko zaczyna się mieszać, gubi się sens całej tej akcji poza odczuciem tego, co się właśnie dzieje. Sprawy przestają tyle znaczyć, jest teraz robiony kolejny przysiad, następna pompka. Samo dzianie się różnych ćwiczeń z racji swych powtórzeń rozmywa istotność każdego osobnego ruchu. Wszystko tańczy, podskakuje, trzęsie się, wibruje, pulsuje, dyszy i piecze. Spaja się odbicie z tym, co odbijane. Barwy na kolorowych strojach mieszają się jak w kalejdoskopie. Pojawia się poczucie, że bardziej się nie da być…. i przekonanie, że nie ważne co się odbija, ale to, że JEST W CZYM.

Przerwa.

Dawno mnie tu nie było!
Do powyższej refleksji skłoniło mnie kilka spraw. Po pierwsze to, że dużo czasu upłynęło od momentu kiedy tu ostatni raz byłem. Znaczy, taka jest moja koncepcja, że upłynęło dużo czasu. W istocie może upłynęło, a może nie. Od koncepcji, że mają oddać samolot (na zasadzie ekstradycji) też niby upłynęło dużo czasu, a oni wciąż nie oddają. To po pierwsze. Po drugie, od czegoś trzeba zacząć a ja mam z tym problem, żeby od tak, z głupia frant zacząć. Z głupia frant, bo im dłużej nie pisałem, tym bardziej nie było pisane i było dobrze.  Po trzecie, o istnieniu bloga przypomniał mi wpis mojego przyjaciela Irka pod tytułem kofibrejk. Przypomniał mi o istnieniu bloga ale również (uwaga, włączam wdzięk) swą treścią zwrócił uwagę na fakt istnienia przerwy (wdzięk wyłączam, ale jak ktoś ma ochotę, to może sobie oczywiście włączyć, jak tylko skończy się nawias).

Przydażyła się PRZERWA w pisaniu i trwała by nadal, gdyby jej coś nie PRZERWAŁO. Tu w zasadzie chciałbym skończyć ten wpis stając w zdumieniu wobec nonsensu a jednocześnie prawdziwości poprzedniego zdania. Napisałem je i czuję się przez nie znokautowany. Czy można bowiem przerwać przerwę? Skoro przerwa to puste miejsce, brak jakiejś aktywności, brak jakiegoś odbywania się czegoś to, przerwanie tego znaczyć będzie, że coś się odbywać zaczyna. No ale jednocześnie pojawia się w tym momencie przerwa w nieodbywaniu, która trwać będzie aż do ustania onego odbywania. Moja przerwa w pisaniu trwała więc tylko do momentu pojawienia się przerwy w niepisaniu. Prowadzi mnie to wniosku, że ja w zasadzie cały czas mam przerwę.  Lukę. Wolne.  A więc mogę się nareszcie odprężyć i poprzyglądać się, co teraz będę robił podczas przerwy w robieniu czego innego. No i jeśli ja mam przerwę a jednak jest robione (bo przecież teraz pojawiają się literki na ekranie podczas tej mojej pauzy) to kto to robi? I czy ja mam na to jakiś wpływ właściwie? Przecież pojawiają się litery na ekranie a ja nawet nie wiem, jakie pojawią się za chwilę. Coś się pojawia w tej głowie i coś się za chwilę pojawia na tym ekranie. To byłoby chyba aroganckie i nieuczciwe przypisywać sobie autorstwo tych słów, podczas gdy ja się relaksuję i co najwyżej rzucę okiem albo puknę w klawisz.
Tak, tak wiem, brzmi to wszystko naiwnie, bzdurnie i naciąganie. Ale jeśli zaprzeczyć choćby jednej przerwie, należałoby zanegować każdą następną, by dojść do wniosku, że nie ma żadnej przerwy, żadnej nie było i nigdy nie będzie. Czyli, że moja przerwa w pisaniu, była robieniem niepisania aż do chwili gdy zacząłem pisać. I tak dalej. To ja już jednak wolę wersję pierwszą, która wydaje mi się jednak bardziej prawdziwa. Wszak podczas mojego niepisania wcale nie obserwowałem tego jak nie piszę, tylko zgoła inne rzeczy.
No tak. Tylko co teraz?