About puchaty71

Trochę rowera, trochę gitary...

Przerwa.

Dawno mnie tu nie było!
Do powyższej refleksji skłoniło mnie kilka spraw. Po pierwsze to, że dużo czasu upłynęło od momentu kiedy tu ostatni raz byłem. Znaczy, taka jest moja koncepcja, że upłynęło dużo czasu. W istocie może upłynęło, a może nie. Od koncepcji, że mają oddać samolot (na zasadzie ekstradycji) też niby upłynęło dużo czasu, a oni wciąż nie oddają. To po pierwsze. Po drugie, od czegoś trzeba zacząć a ja mam z tym problem, żeby od tak, z głupia frant zacząć. Z głupia frant, bo im dłużej nie pisałem, tym bardziej nie było pisane i było dobrze.  Po trzecie, o istnieniu bloga przypomniał mi wpis mojego przyjaciela Irka pod tytułem kofibrejk. Przypomniał mi o istnieniu bloga ale również (uwaga, włączam wdzięk) swą treścią zwrócił uwagę na fakt istnienia przerwy (wdzięk wyłączam, ale jak ktoś ma ochotę, to może sobie oczywiście włączyć, jak tylko skończy się nawias).

Przydażyła się PRZERWA w pisaniu i trwała by nadal, gdyby jej coś nie PRZERWAŁO. Tu w zasadzie chciałbym skończyć ten wpis stając w zdumieniu wobec nonsensu a jednocześnie prawdziwości poprzedniego zdania. Napisałem je i czuję się przez nie znokautowany. Czy można bowiem przerwać przerwę? Skoro przerwa to puste miejsce, brak jakiejś aktywności, brak jakiegoś odbywania się czegoś to, przerwanie tego znaczyć będzie, że coś się odbywać zaczyna. No ale jednocześnie pojawia się w tym momencie przerwa w nieodbywaniu, która trwać będzie aż do ustania onego odbywania. Moja przerwa w pisaniu trwała więc tylko do momentu pojawienia się przerwy w niepisaniu. Prowadzi mnie to wniosku, że ja w zasadzie cały czas mam przerwę.  Lukę. Wolne.  A więc mogę się nareszcie odprężyć i poprzyglądać się, co teraz będę robił podczas przerwy w robieniu czego innego. No i jeśli ja mam przerwę a jednak jest robione (bo przecież teraz pojawiają się literki na ekranie podczas tej mojej pauzy) to kto to robi? I czy ja mam na to jakiś wpływ właściwie? Przecież pojawiają się litery na ekranie a ja nawet nie wiem, jakie pojawią się za chwilę. Coś się pojawia w tej głowie i coś się za chwilę pojawia na tym ekranie. To byłoby chyba aroganckie i nieuczciwe przypisywać sobie autorstwo tych słów, podczas gdy ja się relaksuję i co najwyżej rzucę okiem albo puknę w klawisz.
Tak, tak wiem, brzmi to wszystko naiwnie, bzdurnie i naciąganie. Ale jeśli zaprzeczyć choćby jednej przerwie, należałoby zanegować każdą następną, by dojść do wniosku, że nie ma żadnej przerwy, żadnej nie było i nigdy nie będzie. Czyli, że moja przerwa w pisaniu, była robieniem niepisania aż do chwili gdy zacząłem pisać. I tak dalej. To ja już jednak wolę wersję pierwszą, która wydaje mi się jednak bardziej prawdziwa. Wszak podczas mojego niepisania wcale nie obserwowałem tego jak nie piszę, tylko zgoła inne rzeczy.
No tak. Tylko co teraz?

Reklamy

Przełaj w kolorze młodego buraka.

Na początku było słowo, które najprawdopodobniej brzmiało „rower” – muszę, po prostu muszę zacząć od początku, bo inaczej cała ta moja pisanina nie będzie zrozumiała.

Zatem, skoro już pojawiło się słowo, to kolejnym etapem, z drobnymi modyfikacjami, które pominą fazę produkcji (nieba na niebie, ziemi na ziemi, przerzutek Shimano, ptaków śpiewających i obręczy kapslowanych), będzie oczywiście zrywanie jabłka z drzewa, które rosło w Raju, albo może w Poznaniu. Z resztą nie ważne gdzie rosło, ważne że rwanie owo stworzyło podział na to co dobre w sensie dobre, i na to co złe w sensie złe. Więc nie będzie tu raczej chodzić o zupę botwinkę z kuchni mojej żony, która to zupa jest sama w sobie dobra, ale mi nie smakuje, więc postrzegam ją jako złą, ale o rzeczy zasadnicze, ponadczasowe i nie podlegające. Najogólniej mówiąc te wielkie rzeczy związane są z posiadaniem. Nie będę się tu rozpisywał, bo przecież większość czytała Biblię, obił się im o uszy Dekalog, czy byli na filmie Władca Pierścieni. Powiem jednie, że jeśli ja mam, to to jest dobre. Jeśli ty masz, to to w zasadzie również jest dobre. Jeśli ty mi zabierzesz albo będziesz świadczył przeciw temu abym ja miał, to to jest złe, a jeśli ja miałbym ci zabrać lub świadczyć przeciw, to to jest jak z tą botwinką. Oczywiście przedmiotami posiadania mogą być różne rzeczy. Może być to dobre imię, karbonowa rama, chudy tyłek, może to być garstka ryżu, zdrowie czy życie, albo granica od morza do morza. No ale dość już tego filozofowania, bo w sieci jest kilku kolarzy lepszych w tej dziedzinie.

Zerwałem więc i ja to jabłko. Nie była to polska kosztela ani nawet apfel z północnego Tyrolu tylko rower przełajowy. Pojawił się on w moim garażu i od razu odsunął w odstawkę rower górski.
Jazda na przełaju to niepowtarzalne doświadczenie. Wymaga dużego zaangażowania i uważności, trzeba mieć również mocną nogę i dysponować dobrą techniką, jeśli chce się osiągać jako takie prędkości. Spodobało mi się to od razu, tym bardziej, że CX daje swoistą wolność wyboru trasy. Sprawdza się i na szosie i na szutrach, a i lasem po singlach również pojedzie. Tak więc się wkręciłem na tyle, by po niedługim czasie się zorientować, że koła w moim góralu już od kilku miesięcy nie są pompowane a opony czule tulą się do terakoty. I znowu odezwał się we mnie głos sadownika. Skoro góral stoi a ty pragniesz mieć pieniądze (potrzebne na doposażenie nowego roweru szosowego) to trzeba górala sprzedać. Słowo stało się ciałem i zamieszkało w moim garażu w postaci nowego pomiaru mocy do Treka oraz dwóch plam na podłodze po mleczku, które wyciekło ze sflaczałych opon roweru górskiego. Nie będę ukrywał, że patrząc na to puste miejsce w garażu czułem w ustach pewien posmak, który dzisiaj (jest wiosna i są nowalijki w warzywniakach) określiłbym jako świeży liść z młodego buraka. Ale co tam, tłumaczyłem sobie, lubię warzywa, więc o czym właściwie mowa?

przelaj

Tutaj pozwolę sobie na małą dygresję. Kilkanaście dni temu rozmawiałem z moim przyjacielem na temat tego, co nas najbardziej pociąga w kolarstwie. Nie musimy się między sobą krygować, więc szybko stanęło na tym, że i jego i mnie najbardziej rajcuje nie tam jakiś szum gum czy wiatr we włosach, nawet nie puls powyżej 180 przez godzinę i błogie lenistwo po treningu, ale rywalizacja. Rywalizacja z innymi kolarzami oraz rywalizacja z samym sobą. Być lepszym od innych, być lepszym od siebie.

Czas podobno upływa, pory roku zmieniają się, po zimie nastaje wiosna, a wiosną zaczyna się ściganie. Dla mnie zaczęło się wczoraj na XII maratonie MTB w Wejherowie. Na maratonie tym byłem już trzy razy. W 2011 roku, bodajże w 2012, oraz w 2013, kiedy zająłem 12te miejsce z bardzo dobrymi odczuciami co do swojej jazdy. Link  Oto fotka z 2011 pt. „Na mecie” (i nie chodziło tu o popularne w swoim czasie miejsce zaopatrywania się w alkohol z drugiego obiegu jak sugerować może mój wygląd):

2011_wejherowo

Tym razem jednak stanąłem do boju na rowerze przełajowym. Trasa miała się nadawać, sporo płaskich szutrów, bardzo mało przewyższeń oraz odcinki asfaltowe powinny dawać przewagę CXowi – jak nie tam, to gdzie? Nie było Irka, który kazałby mi się pchać na początek startu, więc ustawiłem się w środku stawki. Jak się okazało, było to dobre posunięcie. Raz, że pozwoliło mi na przeprowadzenie ożywionej dyskusji z koleżanką na temat tego, że każdy może robić ze swoimi pieniędzmi oraz grubą dupą to, na co ma ochotę i innym nic do tego. Dwa, że dzięki temu czas do startu szybko minął, a wreszcie trzy, że nie blokowałem tych szybszych. Bo jak się zaraz okazało trasa zdecydowanie nie pozwalała na to, aby utrzymywać prędkość najlepszych kolarzy jadących na góralach. Odcinki o nierównej nawierzchni, z wystającymi korzeniami, czy nawet dołkami i górkami sprawiały, że musiałem masę energii wkładać aby utrzymać jako takie tempo a i tak, czy to z prawej, czy to z lewej, wciąż wyprzedzali mnie inni. Po odcinku trudniejszym pojawiły się szutry. Tutaj przełaj się sprawdził. Odrobiłem trochę miejsc, rzeczywiście można było przycisnąć. Trasa jednak została zmieniona i nie było oczekiwanego przeze mnie asfaltu. Trochę się spaliłem cisnąc na tych szutrach, straciłem czujność i gdy znowu wjechaliśmy w sekcje koleistotrawiastomokrą, zaliczyłem glebę. Nic strasznego ale niesmak pozostał – na góralu bym tego nawet nie zauważył. Napierałem jednak dalej, tym bardziej że znowu było trochę szutru. Na pętli był jeden większy podjazd na bruku. Tam przekonałem się, że nie jest ze mną najgorzej, ponieważ wyprzedziłem grupę około 10 kolarzy, do której przed podjazdem traciłem mniej więcej 100 metrów.

cobbles1

Szybko jednak straciłem dobre samopoczucie, gdy objechali mnie wszyscy oni na zjeździe. Na pierwszym kółku miałem jeszcze przygodę związaną z dobiciem koła na kamieniu ukrytym w błocie (sporo chłopaków rozcięło tam dętki), blokadą tylnego hamulca i kilkudziesięciosekundowym postojem. Do tego wszystkiego pojawił się ból kręgosłupa. Chociaż w planach miałem dystans mega (czyli dwa kółka) chciałem zejść z trasy już po pierwszym. I zlazłbym, gdybym się zorientował, gdzie trzeba skręcić. Dziwne, bo meta była ustawiona tam, gdzie w poprzednich latach. Widocznie jednak takie było inshallah – szybko to zrozumiałem i postanowiłem jechać jeszcze jedno, tak jak pierwotnie zakładałem, ale już lżej i bez napinki. Tutaj już większych historii nie było. Jechałem sobie w grupie kilku osób. Gdy zaczęły się sekcje techniczne (jak to brzmi – gdybym jechał na góralu, to wstydziłbym się tak napisać), okazało się, że nie mam tylnego hamulca a obręcz jest krzywa. Do mety dojechałem spokojnie zajmując miejsce 56te. Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że 5+6 równa się 11, mój numer startowy to 344 (3+4+4=11) a ja urodziłem się jedenastego listopada (11.11).

Acha, a na obiad była botwinka.

Eudajmonia…

Kilka lat temu pojawiło się w mojej świadomości słowo „eudajmonia”. Pojawiło się, ale nie budziło żadnych skojarzeń ani refleksji. Ot, jest tytuł jednego z ulubionych moich kawałków gitarowych Paula Gilberta. Tytuł tego utworu to „Eudaimonia overture”.
Był to akurat czas, gdy intensywnie grałem na gitarze. Ćwiczenia, wprawki by sprostać między innymi wyzwaniu w postaci właśnie tego utworu. Trwało to może ze cztery lata, gdy tak ćwiczyłem po 4-5 godzin dziennie. W końcu opanowałem instrument na tyle, by zagrać to w sposób w miarę podobny do oryginału i to w zbliżonym tempie. Był to mój drugi okres gitarowy. Pierwszy zaczął się pod koniec szkoły podstawowej i trwał w szkole średniej, by skończyć się na początku studiów. Wtedy katowałem jeden z utworów Paco de Lucia. Z mizernym skutkiem.
Po drugim okresie gitarowym pojawił się rower. Najpierw jeden. Potem został zastąpiony drugim. Następnie pojawił się drugi, ale tak, że pierwszy był również. Później ten drugi został zastąpiony trzecim, więc wciąż były dwa. Ale szybko okazało się, że ten trzeci nie jest na tyle dobry, by mógł konkurować z czwartym. Czwarty jednak okazał się za mały. Sprzedałem i kupiłem piąty. Miałem więc wtedy drugi i piąty. Ten piąty to był karbonowy, szosowy Specialized. Z resztą wszyscy czytelnicy wiedzą który to, ponieważ czytają tego bloga jedynie przyjaciele, pierwszy i drugi. Spec wraz ze swą profesjonalną geometrią oraz wyposażeniem, to był szczyt marzeń i w ogóle. Właściwie już nic mi szczęścia nie zakłócało poza faktem, że rower drugi nie przystaje. Więc sprzedałem drugi i kupiłem szósty. Po szóstym kupiliśmy dom, w którym zmieścił się również siódmy. I trwałoby to pewnie do dzisiaj, gdyby nie fakt, że poszedłem do fachowca, który wymierzył mnie, obczujnikował, podłączył pod program i zeskanował. Powyginał, naciągnął, nakuł i zanalizował. Na koniec wydrukował, że piąty jest za mały. Kupiłem więc ósmy a piąty jest na sprzedaż.

No dobrze, ale co z tą eudajmonią, spyta się roztropnie jeden czytelnik. Albo nawet obaj. O co mu chodziło? Śpieszę wyjaśnić. Jako się rzekło, nie miałem z tym słowem skojarzeń. Nie wiedziałem w ogóle co znaczy i co więcej, nie miałem pragnienia wiedzieć. A pragnienia nie miałem, bo nie miało to dla mnie znaczenia. Więc grałem i nie wiedziałem, jeździłem i nie wiedziałem, kupowałem i sprzedawałem i wciąż nie wiedziałem. Ale teraz już wiem i wiecie co? Dalej robię to samo, albo robić będę zupełnie co innego, jeśli mi tylko co strzeli do głowy. I dopóki zdaję sobie sprawę, że wpływ mam jedynie na swój interes, całujemy się z eudajmonią w dupę.

Dzień trzeci – Col du Galibier

Dzień poprzedni skończył się bez jakiejś rozdmuchanej ceremonii dekoracji. Ot, po prostu uzupełniliśmy płyny do poziomu, który pozwolił zapomnieć o tęsknocie za swojskim krajobrazem, za przyjaznymi kolarzom kierowcami oraz obowiązkami zawodowymi.

Obudziliśmy się rześcy, jędrni i pełni energii, słowem gotowi, aby zdobyć najwyższy szczyt przewidziany na tą wycieczkę. Do Galibier, a właściwie do miejscowości Valloire, z której chcieliśmy zacząć nasz podjazd, mieliśmy około 80 kilometrów. Nie kombinując wiele z mapami, wszak czas to pieniądz, pojechaliśmy tam trasą, która wydawała się najszybsza. I w zasadzie taka była, mimo, że zajechaliśmy tam od drugiej strony, więc trzeba było wjechać samochodem na szczyt Galibier i zjechać w dolinę do Valloire. Ten plan był o tyle sprytny, że gdyby nam po pierwszym podjeździe zachciało się jeszcze coś kolarskiego zrobić, to właśnie z tego Valloire, tylko w drugą stronę, mielibyśmy blisko do podjazdu pod Col du Telegraphe. Wjechaliśmy zatem na Galibier autem, jadąc po śladach braci Schleck, którzy jadąc w TdF 2011 zerwali tu między innymi Contadora (podjazd robili wtedy właśnie od tej strony, od której my wjeżdżaliśmy autem). Podjazd z innej strony niż Schleckowie miał jeszcze jedną zaletę. Nie chcieliśmy bezpośrednio rywalizować z ich czasem podjazdu, szczególnie, że nie wzięliśmy ze sobą żadnej krwi do transfuzji, strzykawki w trzecim dniu wycieczki miały już tępe igły a jedyne epo, które nam zostało, było w czopkach.

Zarówno podjazd jak i późniejszy zjazd z tej góry zrobił na nas spore wrażenie. W okolicach szczytu po obu stronach jezdni bieliły się, a właściwie burzyły (od bury), topniejące łachy śniegu.

image(5)

Przez szczyty przewalały się skłębione chmury a droga i pobocza upstrzona była kolarzami.

image(4)

Na drodze było również sporo motocyklistów, ale oni się nie pstrzyli, bo byli zwykle poubierani w czarne, skórzane kombinezony. Podobnie kampery, te również się nie pstrzyły, za to solidnie hamowały przejazd.

Do Valloire dotarliśmy, jako się rzekło, szybko i bez przygód. Rozpakowaliśmy się, przebrali i w zasadzie zaczęli jechać. W zasadzie, ponieważ musiałem skorzystać z kibelka. Tutaj zatrzymam na trzy minuty wartką narrację, ponieważ chcę podzielić się moją fascynacją szaletami francuskimi (podobnie jak wcześniej klimatyzacjami w szwedzkich samochodach). Są one trochę jak polskie lodówki. Pełen automat. Światło się tam zapala gdy otwiera się drzwi, gaśnie jak się je zamknie (nie ważne, że od środka). Siusia się na czuja, czuj jest bowiem wbudowany w pisuar. Gdy kończy się siusiać, włącza się spłuczka co podłączone jest do włącznika światła. Światło zatem włącza się razem ze spłuczką, więc można dość bezpiecznie zapiąć spodnie. Świeci się krótko, więc trzeba się spieszyć aby trafić z rękoma do kranu. Ten jest również automatyczny bo włącza suszarkę i wyłącza światło.
Zastanawiałem się dość długo, w jakim celu jest to tak zbudowane. Kombinowałem w tą i w tamtą i za cholerę nie mogłem tego zrozumieć. Dopiero po czasie doszedłem do wniosku, że albo Francuzi się wstydzą swoich przyrodzeń, albo sama czynność oddawania moczu jest dla nich na tyle mało wyrafinowana, że nie chcą nawet na to patrzeć. Sam nie wiem.

Odrobinę ożywiony szaletowymi przeżyciami i co ważniejsze, lżejszy o blisko kilogram (będzie lepszy współczynnik W/kg), udałem się w pogoń za Wojtkiem. Wojtek na mnie nie czekał, ponieważ cały czas baliśmy się, że z naszego podjazdu wyjdą nici. Chmury nad szczytami kłębiły się coraz bardziej a i nad samym Valloire zaciągnęło się niebo, zrobiło szaro, więc trzeba było się spieszyć.

DSC_0474

Troszkę o samym podjeździe.

Długość: 18.1 km   *   Wysokość na szczycie: 2646 mnpm   *   Wysokość na starcie: 1401 m   *   Przewyższenie: 1245 m

Col-du-Galibier-Valloire-profile

Podjazd rozpoczął się dość łagodnie. Niewielki procent nachylenia pozwalał jechać dość szybko. Po paru kilometrach dogoniłem Wojtka. Zamieniliśmy parę słów i pojechaliśmy dalej każdy własnym tempem. Kilkaset metrów dalej minąłem panią, która przywitała mnie gromkim „dzień dobry”. Musiała słyszeć naszą z Wojtkiem rozmowę. Oczywiście grzecznie odpowiedziałem „bonżur” i popedałowałem wyżej, dumny że mój francuski jest już tak dobry, że nawet jak ktoś mówi „dzień dobry” to ja to rozumiem tak, jakbym całe życie się w inny sposób nie witał.

DSC_0469

DSC_0468 DSC_0470  image(12) image(13)

Kilka minut później dojechał do mnie kolarz w czarnobiałym stroju Cervelo. Dojechał, usiadł na kole i po chwili wyprzedził. Chwilę się go trzymałem, ale jednak postanowiłem nie szaleć. Puls zaczął już rosnąć dość wyraźnie więc bałem się, że nie wytrzymam całego podjazdu w jego tempie. Bałem się też trochę, że widoki, które przecież zapierały dech w piersiach oraz tlen, którego mogłoby mi zabraknąć, mogą negatywnie wpłynąć na moją wydolność. Ale dobrze się stało, bo mimo że jechał odrobinę szybciej, to cały czas miałem go w zasięgu wzroku. Odległość między nami wahała się w okolicach 200 metrów i w drugiej części podjazdu zaczęła nawet maleć. Motywowało mnie również to, że chłopak się cały czas oglądał, sprawdzając gdzie jestem. Wszyscy kolarze chyba mają wszczepiony ten mechanizm, że jak ktoś ucieka, to trzeba go gonić. To taka stara kolarska tradycja. Że mają oddać samolot.

O samym podjeździe nie napiszę wiele, poza tym, że momentami było bardzo stromo i bardzo malowniczo. W zasadzie im stromiej, tym ładniej. Na szczęście nie było słońca a temperatura była znośna, więc nie było ryzyka odwodnienia. Tutaj również pozwoliłem sobie na mały finisz pod sam szczyt, prężąc się dumnie przy dużej grupie kolarzy, którzy się zebrali na zbudowanym tam parkingu. Ale muszę powiedzieć, że było naprawdę mało tlenu.

DSC_0466 DSC_0471 DSC_0473 image(8) image(9) image(10) image(11)

Parę szczegółów dotyczących spraw technicznych <kolarz mode on>. Zainstalowane mam w moim bolidzie z przodu 52/36 a z tyłu 11/25. Przy największych stromiznach 36/25 było już dla mnie graniczne. Dotyczyło to oczywiście wszystkich trzech podjazdów. Stając na pedały starałem się zwykle zrzucać koronkę lub dwie, ale były takie momenty, gdy mieliłem na stojąco przy najlżejszym przełożeniu. Zauważyłem również, że lepiej mi się kręci po około 40 minutach wysiłku. Łapię wtedy drugi oddech. Tutaj link do stravy
Podjazd poszedł mi nadspodziewanie dobrze. Dość powiedzieć, że spośród 4912 kolarzy jestem na dzień dzisiejszy 145ty. Na pozostałych górkach plasuję się w okolicach dziewiątej setki. Nie spodziewałem się takiego wyniku.
Średni puls 169, średnia moc 252 W, czas 1:08:15 <kolarz mode off>.

Po przyjeździe Wojtka zrobiliśmy sobie kilka zdjęć i popędzili na dół. Tutaj już trochę dokręcałem (bo z poprzednich górek zjeżdżałem luźną nogą). Pojawił się niestety deszcz, który trochę mnie spowolnił. Niemniej dość szybko dojechałem do Valloire i przebrawszy się zaczekałem na Wojtka, który zjeżdżał wolniej zatrzymując się to tu, to tam, kupując lokalne specjały z owczego mleka i kontemplując widoki. Gdy się już ogarnęliśmy co nieco, poszliśmy na deptak, gdzie nabyliśmy podarki i pamiątki. Zawitaliśmy również do Turka, który robiąc kebaby odzywał się do wszystkich po francusku, ale tak, że nic nie rozumiałem. Uwijał się jak w ukropie, ponieważ akurat przyszła kolonia, której opiekun miał na czapce naszywkę z portretem Chegevary, co wyprowadziło Wojtka z równowagi. Tylko zmęczenie powstrzymało go, aby nie wypalić w ryj temu opiekunowi. Mnie zmęczenie powstrzymało przed wypaleniem w ryj Turkowi, który po obsłużeniu kolonii, zamiast zamiast zabrać się za naszego kebaba, zaczął całować się ze swoim szefem.

Ostatnią część naszej wycieczki postanowiliśmy przebyć samochodem. Mimo podszeptów cykloambicji rozsądek wziął górę. Przecież jutro czeka nas ciężki dzień za kółkiem i trzeba być w miarę wypoczętym. Pojechaliśmy więc wpierw na Col du Telegraphe a potem jeszcze na Col du Glandon. Telegraphe to słuszna góra. Podjazd lasem, w charakterze zbliżonym do Alpe d’Huez. Na Glandon natomiast droga wiła się połoninami. Na jednej z takich połonin zatrzymaliśmy się aby wykonać kilka zdjęć.

DSC_0476 DSC_0477 DSC_0478 DSC_0479 DSC_0481 image(15) image(16)

Moją uwagę zwróciła duża ilość elektrycznych pastuchów. Zdziwiłem się troch, ponieważ nigdzie nie było widać ani owiec, ani krów, ani lam, ani Nepalczyków. Pewien, że pastuch jest nie podłączony, chwyciłem za druta. Tutaj na chwilkę przerwę…
Okazało się, że umiem tańczyć HipHop. Szkoda, że Wojtek nie zrobił zdjęć.

Malowniczymi podjazdami i zjazdami dojechaliśmy w końcu na kwaterę. Przed nami pozostała tylko noc, pakowanie i 20 godzin jazdy z powrotem.

Dzień drugi – Mount Ventoux

Dzień drugi zacząć muszę od końcówki dnia poprzedniego, ponieważ miała ona istotny wpływ na przebieg zdarzeń, zarówno pod względem sportowym jak i towarzyskim.

Po zakończeniu podjazdu i ogarnięciu tematów okołorowerowych przyszedł czas na wypłatę nagrody. Nie będę pisał nawet w jakiej była ona formie, ponieważ każdy normalny kolarz to wie. Pisanie o tym byłoby więc zbędnym klepaniem w klawiaturę. Czymś na kształt szukania długich słów i szerokich opisów, podczas pisania pracy magisterskiej, gdzie, jak wiadomo, sprawdza się co  pół godziny w statystykach tekstu ilość zdań, słów i znaków, że o ilości stron i szerokich interliniach nie wspomnę. Nagrodę oczywiście przywieźliśmy ze sobą, przemycając puszki w bagażniku. Obejrzeliśmy sobie na youtubie film o silnej woli, śmiejąc się do rozpuku. Mieliśmy prawo czuć się lepszymi, ponieważ lodówka wciąż była pełna, co było niezbitym dowodem na to, że nasza wola jest zdecydowanie silniejsza niż wola bohatera filmu. Następnie obejrzeliśmy ostatni etap TdF, po którym poszliśmy na kolację. Kolacja była bardzo smaczna. Kucharz się sprawił znakomicie, więc w nagrodę wypłaciliśmy sobie co nieco. Gdy wróciliśmy do domu sprawdziliśmy natychmiast, czy lodówka dobrze chłodzi. Lodówka spisała się znakomicie, więc wiadomo. Gdy tak siedzieliśmy sobie z Wojtkiem, porozmawialiśmy jak starzy Polacy o tym i owym. Wraz z upływem czasu i upływem wiadomo, zaczęliśmy się dowiadywać o sobie coraz więcej. Okazało się, że mamy wspólne zainteresowania – to bardzo sprzyjająca okoliczność dla rodzącej się przyjaźni. Wojtek, podobnie jak i ja, interesuje się kolarstwem. Oraz zupełnie tak jak ja, ma bardzo silną wolę. Ja zaś zdradziłem, że na bierzmowaniu wybrałem sobie za patrona Św. Wojciecha. Te fakty oczywiście stały się doskonałym powodem, do… wiadomo. Zupełnie niespodziewanie zrobiła się pierwsza w nocy więc poszliśmy spać, bo rano przecież trzeba wcześnie wstać i warto by było być w formie przed Mount Ventoux. Lodówka wciąż jeszcze nie była pusta, co oczywiście było dowodem na naszą silną wolę. Nieważne, że dowiedzieliśmy się o tym dopiero w dniu wyjazdu,  w którym się okazało, że cała zgrzewka schowała się w jakiejś zamykanej szufladzie.

Przed samym zaśnięciem pomyślałem jeszcze o moich najbliższych. Szkoda, że nie ma tu ze mną moich dzieci, żony, kamerki Faścika…

Następny dzień zaczął się zupełnie niepodziewanie. Wiadomo! Zjedliśmy więc jakąś jajecznicę na boczku, zapakowaliśmy rowery i pojechaliśmy na Mt Ventoux. Do wyboru mieliśmy w zasadzie dwie trasy. Jedna, autostradami, na jakieś 3 godziny, druga drogami bardziej lokalnymi na niecałe 4. Postanowiliśmy jechać tą drugą, przynajmniej coś zobaczymy poza ścianami wiatro i dzwiękochronów. .Jak się okazało, przez bite 5 godzin musieliśmy ćwiczyć mięśnie rąk, tyle było zakrętów. Nie wyobrażam sobie co zrobiłby tam taki kierowca Syreny, że o Starze nie wspomnę. Nawigacja wyestymowała 4 godzinny czas podróży uważając, że tam gdzie nie ma ograniczeń, jedzie się około 90 km/h nie biorąc pod uwagę, że da się tam jechać co najwyżej 25 km/h.  Jednocześnie przypominam o traktowaniu przecinków jako zwrotów „widoki zapierały dech w piersiach”. Nie mam z tego fragmentu zdjęć, ponieważ ja zajęty byłem kręceniem kierownicą i dochodzeniem do siebie, a Wojtek trzymaniem się obiema rękoma uchwytów oraz sprawdzaniem czy dobrze jedziemy. Dojechać mieliśmy do miejscowości Bedoin, z której w zasadzie zaczyna się podjazd i przez którą przejeżdżają zwykle kolarze, jadąc na Mt Ventoux.

Im dalej na południe tym upał był większy. Gdy osiągnął on na zewnątrz 33 stopnie, popsuła się nam klima w aucie. Właściwie to się nie popsuła, tylko po prostu przestała chłodzić. Samochód Wojtka projektowany był w Skandynawii. Szwedzi widocznie stwierdzili, że jazda autem w temperaturach powyżej 30 stopni jest niebezpieczna i niezdrowa (bo asfalt miękki, bo słońce oślepia, bo potencjalni piesi w takich temperaturach są mniej przewidywalni), więc aby zapobiec takiej jeździe, zaprojektowali układ wyłączający klimę gdy temperatura jest za wysoka. Nas to jednak nie zatrzymało, ponieważ nie po to zrobiliśmy 2000 km przedwczoraj oraz 200 dzisiaj, aby zrezygnować z powodu takiego drobiazgu. Niestety nie mam zdjęć obrazujących jak nam było z niedziałającą klimą, ponieważ układy scalone w telefonach się poprzegrzewały.

Do Bedoin dojechaliśmy, o ile dobrze pamiętam, około 15 tej. Zabraliśmy się w te pędy do wypakowywania i przysposobiania zasobów.

Ja smarujący łańcuch:

Obrazek

A to zdjęcie obrazuje ile satysfakcji może dać młodemu mężczyźnie zmiana gaci w środku miasta tak, aby nikt nie zobaczył dupy:Obrazek

Kilka słów o górce, na którą się wybraliśmy:
Długość podjazdu: 21.4 km   *   Meta: 1912 mnpm   *   Start: 283 mnpm   *   Przewyższenie: 1639 m

Mont_Ventoux-Bédoin_profile

Jak widać na profilu początek jest łagodny.

Tutaj filmik, na którym znajdujemy się właśnie w tym niebieskim, początkowym obszarze.

A tu zdjęcia, jak wygląda ta monumentalna góra z perspektywy początku podjazdu:

image(3)

image(7)

A to zdjęcia, jak wyglądam ja, zanim przestanę wyglądać:

image(4)

image(6)

Od siódmego kilometra robi się bardziej stromo oraz wjeżdża się do lasu. Podczas pogody takiej, jaka była tego dnia, w lesie tym jest niesamowicie gorąco. Ponad 30 stopni, brak wiatru oraz niska prędkość sprawiały, że pot spływał ze mnie zostawiając na asfalcie mokre plamy. Przy sobie miałem dwa bidony, jeden półlitrowy a drugi 0,75 ml. Już po 20 minutach wiedziałem, że mi nie wystarczą. Jechało się bardzo ciężko. Zmęczenie jazdą i pozostałości kaca również miały pewnie na to wpływ. Jadąc przez ten las, przez właściwie cały czas walczyłem ze sobą aby sobie odpuścić, zejść z roweru i zaszyć się w trawie udając cykadę, wśród milionów innych cykad. Machałbym rękami robiąc cyt, cyt, cyt i nikt by się nie zorientował, że jestem kolarzem i nie zobaczył mojej porażki.

Jakoś jednak udało mi się wyjechać z tego lasu. Od razu zrobiło się trochę łatwiej. Wiatr zaczął chłodzić. Martwiłem się jednak ubywającą w zastraszającym tempie wodą. Nie było szans aby mi wystarczyło. Na tym zdjęciu właśnie się tym martwię:

DSC_0445

Na szczęście, mimo że się martwiłem, wciąż jechałem. Gdybym nie jechał to bym nie dojechał do miejsca, w którym przy jednym z zakrętów, w skalnej niszy, stała ławeczka a przy ławeczce stał kolarz. Stał i popijał sobie wodę z bidonu, który uzupełnił z kranika. A kranik wyrastał ze skały, tryskając sobie zimną wodą. Tryskał niosąc życie. Taki to fajny kranik był!

Oblałem się cały oraz uzupełniłem bidony i od razu zrobiło się lżej.

DSC_0441

DSC_0446

DSC_0448

DSC_0443

Końcówka była już łatwiejsza. Droga wiła się trawersami, na których połowie wiał wiatr. Nie był jednak na tyle mocny by przeszkadzać, za to wydatnie chłodził. Odcinek od wodopoju poszedł mi już wyraźnie szybciej. Widać to na stavowych wykresach. Na końcu pozwoliłem sobie nawet na mały finisz wzorem pamiętnego zwycięstwa Sylwestra Szmyda!

Widoki ze szczytu:

DSC_0451 DSC_0452 DSC_0459 DSC_0460

A to my, na dowód że to wszystko nie jest ściemnianiem:

image(12) image(13)

O powrocie nie będę wiele pisał. Wróciliśmy autostradą zahaczając o McDonalda. To również jest rowerowa tradycja. Jest bowiem taki poziom treningu, który to usprawiedliwia.

Aspekt sportowy:

Koksowanie się alkoholem nie jest wskazane. Oczywiście rzecz dotyczy podjazdów powyżej 1000 mnpm. Niżej można, a nawet wypada.

Czas podjazdu: 1:41:46, Średni puls: 168, Średnia moc: 245 W.

Dzień pierwszy – Alpe d’Huez

Pierwszego dnia Alpe d’Huez przywitało nas piękną pogodą oraz wiszącym w powietrzu niepokojem, którego źródłem była perspektywa podjechania tego, co pokonaliśmy wczoraj samochodem. Na dzisiaj bowiem w planie była wspinaczka na świętą górę kolarstwa światowego. Już wczoraj, podczas jazdy autem, widzieliśmy setki wdrapujących się tam kolarzy. Podjeżdżali zarówno tacy, którzy wyglądali na zawodowców, na swych wspaniałych maszynach, jakby wyciętych z najnowszych rowerowych katalogów jak i osoby zupełnie, na pierwszy rzut oka, z innej bajki. Na rowerach turystycznych, na ramach których opierali swe wydatne brzuszki. Szczególnie ci ostatni budzili mój podziw!

Kilka cyfr na temat podjazdu:

Długość: 13.2 km   *   Wysokość na szczycie: 1815 m   *   Wysokość na starcie: 744 m   *   Różnica wzniesień: 1071 m

Obrazek

Dla osób, które znają trochę nasze lokalne podjazdy, Alpe zdaje mi się zbliżonym swym nachyleniem do najstromszych części podjazdu w Czymanowie wzdłuż rur. Tylko dłużej.

Dzisiejszy dzień zapowiadał się szczególnie fajnie, ponieważ zaczęliśmy go na samym szczycie. Przed wjazdem czekał nas więc zjazd i rozkręcenie nogi po płaskim. Po kolarskim śniadaniu (płatki owsiane z bakaliami na wodzie) zapakowaliśmy się na rowery i pojechali. To, że każdy z nas miał garmina z załadowanymi najaktualniejszymi mapami regionu oraz inne aplikacje w smart i ajfonach sprawiło, że oczywiście nie wiedzieliśmy jak jechać aby trafić na dół góry drogą inną, niż ta którą podjechaliśmy samochodem. Zanim jeszcze dobrze ruszyliśmy, już gdzieś zgubił się Wojtek. Na szczęście działały telefony więc się na powrót spotkaliśmy. Postanowiwszy już nie oddalać się jeden od drugiego zaczęliśmy zjazd. Użyję teraz zwrotu, który powinien mi zastąpić przecinki w tym i kolejnych wpisach z Alp. „Widoki zapierały dech w piersiach.” Proszę więc aby każdy użyty przeze mnie przecinek był czytany tak, jak wyżej. O, ten przecinek też!

Obrazek

Obrazek

Jak wspomniałem, etap zaczęliśmy od zjazdów. Zjazdy, proszę Was, mają tam wyjątkowo długie. Słyszałem o podjazdach, że są długie, strome, ciężkie i w ogóle, ale zjazdy? O tym nie było mowy! Odrobinę zaskoczony postanowiłem jednak dać radę i zacząłem swą ciężką walkę z grawitacją. Po paru kilometrach testowania hamulców na ostrych zakrętach pojawiła się pierwsza w dniu dzisiejszym skucha. Na jednym z wiraży, na nierównym asfalcie (lekkie wyboje w rowerze szosowym, z kołami napompowanymi do 8 atmosfer, bardzo się odczuwa na kierownicy) ułamało się mocowanie pożyczonej od Faścika kamery. Przykręciłem ją do kierownicy aby filmować podjazd i robić foty. Kamerka odbiła się od asfaltu, wykonała wokół siebie 3 obroty wzdłuż swej długiej osi, odbiła się jeszcze raz, tym razem rogiem obudowy i  przedostatni etap swej podróży wykonała sunąc po asfalcie, odgarniając przy tym dwa małe kamyki oraz skracając życie jednej francuskiej mrówce z takim czerwonym brzuszkiem . Ten suw był preludium do ostatniej części jej podróży. Ostatniej, najdłuższej części. Z wdziękiem odbiła się od leżącego na poboczu kamienia i eleganckim łukiem poszybowała w przepaść, kręcąc się wokół siebie ruchem wirowym awansującym. Wszystko to obserwowałem w swoistym slow motion. Leciała sobie w przepaść zabierając ze sobą zrobione wcześniej zdjęcia oraz nadzieje na nakręcenie wspaniałych filmów z podjazdów, aby było co oglądać podczas zimowych sesji trenażerowych. Zatrzymaliśmy się z Wojtkiem szukając jej w rowie, ale nadzieje były marne. Zaraz za asfaltem była barierka a za nią kilkusetmetrowa przepaść zarośnięta drzewami. Nie było co zbierać. Pojechaliśmy dalej, przy czym ja rowerem lżejszym o kamerę GOCLEVER wraz z obudową.

Tutaj fotka jeszcze z kamerą zamocowaną do kierownicy. Proszę zwrócić uwagę na taki biały rożek wystający za leżącym wzdłuż mostka kierownicy garminem. To jest plastik obudowy smętnie odbijający promienie alpejskiego słońca, w przeczuciu nadchodzącego końca.Obrazek

Na dole pojawiła się kolejna skucha. Otóż przestał działać mój pomiar mocy w piaście. Zużyła się bateryjka! Powiedzcie sami, nie miała kiedy indziej? Gdzieś na przykład w Polsce, w Gdyni, przy ulicy Gryfa, gdzie przebywam 99,99% czasu? Ale nie, wykorzystała ten jeden promil szans i zepsuła się tam, gdzie nie mam zapasowej, gdzie nie mam specjalnego klucza do odkręcania pokrywy i gdzie jej najbardziej potrzebuję. Misterny plan aby wykonać podjazd na zadanym poziomie mocy legł w gruzach. No cóż, trzeba będzie podjeżdżać na tętno. Ale trzeba będzie podjeżdżać jak najszybciej, aby w sklepach w Alpe d’Huez poszukać właściwych baterii.

Tutaj zdjęcia na rondzie przed samym podjazdem. Stoją tam takie pomniki rowerowe, na które nie wolno wchodzić.

Obrazek

Tutaj kolejna fota z tego miejsca. Proszę zwrócić uwagę na brak kamery przy kierownicy, oraz złamany uchwyt, który zasłonięty jest przez lewą klamkę.

Obrazek

Zdjęcie z Wojtkiem. Kamery wciąż nie ma

Obrazek

Fotka tablicy pamiątkowej z Lansem Armstrongiem, której nie zdjęto.

Obrazek

Odwlekaliśmy jak mogli moment wjazdu. No ale w końcu przyszedł ten czas, skoro się powiedziało A, to teraz trzeba powiedzieć K….A!, PO CO MI TO BYŁO?!

Podjazd zaczął się z grubej rury. Od razu spore procenty (ponad 10% czyli na 100 metrach, ponad 10 metrów w górę) i od razu duży wysiłek. Do tego upał i było wszystko, czego trzeba aby poczuć klimat Tour de France. Tym bardziej, że na podjeździe było full kolarzy. Już na pierwszej prostej wyprzedziłem kilku. I tak w zasadzie na każdej kolejnej. Po pierwszym zakręcie usiadł mi na koło młody chłopak i trzymał się przynajmniej połowę podjazdu. Alpe d’Huez jest bardzo charakterystyczne. Składa się z 21 zakrętów, które są ponumerowane. Dzięki temu dość łatwo zorientować się, gdzie się jest i ile zostało do końca. Zakręty te też są dobrym momentem do tego, aby się napić i trochę zluzować nogę. Zwykle są na lekkim wypłaszczeniu. Ma to spore znaczenie, bo w przeciwieństwie do takiego Mount Ventoux (o czym w kolejnym wpisie) nadaje swoisty rytm podjazdowi i ułatwia systematyczne nawadnianie.

Obrazek

Obrazek

Jak pisałem wyżej, na górę wdrapuje się cała masa kolarzy. To, że wyprzedzałem większość nie jest jakąś przechwałką. Po prostu wjeżdżają tam wszyscy. Młode chłopaczki, które mają może z 10 lat. Starsze panie pod 60-tkę. Zasuszeni i zakonserwowani wiatrem panowie. Super! Ja również zostałem wyprzedzony, żeby nie było. Kolarz w stroju AG2R pomknął do góry w tempie TGV i tylem go widział. Nie było nawet próby siadania na kole.

Podjazd zakończyłem finiszem, ponieważ na ostatniej prostej wyprzedziłem kolarza, który usiadł mi jednak na kole. Nie mogłem odpuścić, musiałem go zerwać. Na szczycie myślałem, że umrę. Po paru minutach doszedłem jednak do siebie więc postanowiłem poczekać na Wojtka. Bateryjka została znaleziona, zakupiona oraz nawet (mimo braku klucza) zainstalowana. Poprawiło mi to trochę humor.

Obrazek

Obrazek

Kilka szczegółów technicznych z wycieczki: STRAVA

Jeśli chodzi o aspekt sportowy podjazdu: pierwszy podjazd pojechany był kontrolnie. Nie znałem swoich możliwości biorąc pod uwagę stały wysiłek w tak długim czasie. Dodatkowo upał oraz wczorajsza podróż sprawiły, że wynik nie był jakiś powalający. Niemniej przetarcie było mocne, średni puls wysoki – 177 HR w ciągu 58 minut podjazdu. Jestem zadowolony.

Następny dzień – Mount Ventoux

Urlop jest jak Tour de France…

Parafrazując słowa o szczęściu, których autorem jest jeden z bohaterów filmu „Amelia”, można by rzec: „Urlop jest jak Tour de France – długo czekasz, a potem chwila i go nie ma. Kiedy się zjawi trzeba go łapać”. W tym zdaniu zawiera się większość zdarzeń, które są moim udziałem w ostatnim czasie. Pojawiła się mała luka w natłoku obowiązków zawodowych, akurat skończyło się Tour de France oraz spełniają się moje kolarskie marzenia.

 

Nie dalej jak miesiąc temu, podczas przejażdżki rowerowej z Wojtkiem, napomknąłem niezobowiązująco, że marzy mi się wyjazd do Alp, aby podjechać np. Passo di Stelvio. Kolarzom nie muszę tłumaczyć, innym czytelnikom tego bloga, jeśli jacyś się tu zawieruszą buszując po internetach już wyjaśniam. W Alpach jest kilkadziesiąt wspaniałych podjazdów rowerowych, w tym kilkanaście świętych. Są one miejscem kultu kolarzy: zaklinają tam rzeczywistość, zaginają czasoprzestrzeń, przekraczają ludzkie bariery i oddają śluz w ofierze.

Wojtek, człowiek w świecie bywały, który jadł świeżo łowione Frutti di Mare ze wszystkich mórz na tym globie (o chlebie i piecu nie piszę, chleb bowiem kolarza tuczy a utuczony kolarz podjeżdża gorzej), podjął temat natychmiast. W ciągu kwadransa mieliśmy już zgrubny plan przy czym od tego kwadransa należałoby jeszcze odjąć przynajmniej 10 minut, podczas których wytwarzaliśmy waty i pot. Bądź odwrotnie – poty i wat. Kolejne spotkanie na rowerach poskutkowało określeniem miejsca, czasu i sposobu – czyli tak jak w tragedii antycznej (więc jeśli ktoś liczy tu na opisy scen miłosnych może w tym miejscu przełączyć się spokojnie na wuwuwuwesołekumoszkikom).

Jeśli jednak ktoś się nie przełączy i nie folgując zwierzęcym chuciom postanowi zmęczyć ten wpis do końca, zaraz się dowie jak wygląda plan. Plan jest prosty: w trzecim tygodniu lipca, a właściwie tuż pod koniec Tour de France, dokładnie to zaraz po zakończeniu przedostatniego etapu (ostatni jest nieistotny bo jest to etap przyjaźni, na którym kolarze piją szampana), zatem gdzieś koło godziny 17.35 jedziemy autem do którego pakujemy rowery i okrętujemy się w okolice Alpe d’Huez, oczywiście bez zawijania do portu.

Stało się to ciałem i zamieszkało w samochodzie.Obrazek

Trasa minęła nam szybko. Chociaż ostatnie godziny były męczące. Wychodziliśmy sobie wzajemnie na zmiany podając koło (kierownicę). Nie było szarpania ani zrywania. Jechaliśmy równo wykorzystując większość ze 170 KM. Szwajcaria przywitała nas pięknym słońcem oraz ograniczeniem prędkości na autostradach do 120. Francja była ciut lepsza, oferując 130 km oraz festiwal piosenki francuskiej w radiu. Piosenka francuska jest wyjątkowa. Przepełniona jest emocjami i liryzmem jak dojrzały wągier ropą. Słuchając jej mam wrażenie, że wykonawca zaraz po skończeniu nagrania będzie chciał wyskoczyć oknem. Fakt, że piosenkarze nie giną nagminnie po rejestracji tłumaczę tym, że w studiach nagraniowych zwykle nie ma okien. To jednak zapewne dodatkowo frustruje śpiewaka i zmusza do zaśpiewania kolejnej pieśni. Inną kategorią piosenki francuskiej jest nagrywanie stęków podczas uprawiania seksu. O tym pisał jednak nie będę bo uważam, że jest to sprawa intymna i nie nadaje się do internetów. Miłośnikom piosenki francuskiej śpieszę wyjaśnić, że na mój jej odbiór wpływ mogło mieć niewyspanie – jechaliśmy już wtedy ponad 12 godzin przez całą noc.

Odrobinę zdjęć z podróży po słonecznej Francji.ObrazekObrazekObrazek

Jako, że nie mieliśmy dokładnego planu gdzie dokładnie chcemy mieszkać, przynajmniej połowę trasy dyskutowaliśmy o tym rozważając przeróżne warianty. Gdy już się wydawało, że podjęliśmy ostateczną decyzję, pojawiały się kolejne wątpliwości i dyskusja wybuchała na nowo. Pomagały nam w tym zestawy map tradycyjnych papierowych, kilka aplikacji nawigacyjnych na Iphona i jeszcze więcej na Ipada. Cieszę się, że popsuła się moja nawigacja samochodowa, bo jeszcze i ona by nam w tym pomagała. Koniec końców wylądowaliśmy na szczycie  podjazdu w miejscowości Alpe d’Huez a to nasza miejscówka.Obrazek

 

Tymczasem kończę relację i śpieszę zdobywać kolejne szczyty.

Wasz Wuj Piotr W Podróży.