Pierwsze zawody szosowe – Ostrzyce 2013

Jako, że zdania nie zaczyna się od „więc”, więc zaczynam je od „jako, że”. Sprawy formalne mają bowiem spore znaczenie. Każde zdanie musi mieć przecież sens, powinno nieść jakieś przesłanie oraz spełniać wymogi formalne, aby wszystko miało ręce oraz nogi. Podobnie z kolarstwem – aby kolarstwo miało ręce i nogi powinno się jeździć szybko, powinno się wytwarzać odpowiednią ilość Watów na kilogram masy ciała, należy móc jechać dłuższy czas na wysokim tętnie oraz, co najważniejsze, powinno się na nim wyglądać. I tutaj chciałbym się chwilę zatrzymać. Należy zauważyć, że zdecydowanie lepiej wygląda się na rowerze szosowym niż na rowerze MTB. Cienkie, lekkie opony, smukłe widełki, kształt kierownicy – to wszystko, gdy odpowiednio dobrane sprawia zdecydowanie lepsze wrażenie niż najładniejszy rower MTB ze swymi grubymi oponami, nieproporcjonalnie ciężkim optycznie i fizycznie przodem (amortyzator), tarczami hamulcowymi i innymi szczegółami. Do tego należy jeszcze dodać pozycję kolarza, która na szosie jest bardziej dynamiczna poprzez pochylenie do przodu i wyciągnięcie się nad górną rurą. Tak, szosa jest bezsprzecznie elegantsza niż MTB.

Z tych właśnie względów postanowiłem w tym roku spróbować swoich sił na zawodach szosowych. Najlepszą okazją okazał się kultowy w naszych rejonach wyścig o puchar Stolema w Ostrzycach. Jakiekolwiek wątpliwości co do startu rozwiał fakt, że mieli się pojawić na nim chłopaki z mojego Teamu BCT i to w dużej ilości.

Obrazek

Na wyścig pojechałem z Edytą, która z powodu kontuzji nie miała zaplanowanego żadnego startu w tym dniu, zatem mogła pełnić teamowego fotografa (wszystkie zdjęcia są jej autorstwa). Podczas zapisów spotkałem chłopaków ze sławnej w tej części Europy grupy kolarskiej GK STG. Z prezesem Irkiem przypomnieliśmy sobie wzajemnie o ustaleniach naszego przebiegłego planu rysowanego parę dni wcześniej poprzez chat na facebooku, wg którego na pierwszym kółku mieliśmy urwać się całemu peletonowi i napierać ze średnią 44 km/h tak, aby nas nikt nie dogonił przez kolejne 8 kółek. Chcieliśmy oczywiście jechać szybciej, ale wyliczyliśmy, że jadąc ze średnią powyżej 50 km/h zdublowalibyśmy wszystkich przynajmniej dwukrotnie, więc istniała obawa, że sędziom się coś popieprzy i nam nie zaliczą.
Ciesząc się z tego, że już na starcie mam sporą przewagę nad resztą zawodników, bo przecież na tak oryginalną taktykę raczej nikt normalny by nie wpadł, udałem się przypiąć numerek 214 oraz zjeść odrobinkę makaronu.

ObrazekObrazek

Na starcie całym BCT ustawiliśmy się strategicznie z tyłu. Nie chcieliśmy drażnić konkurencji naszymi wyzywająco wycieniowanymi łydami i pośladkami, profesjonalnym wyglądem oraz bijącą z nas pewnością siebie.

A to moja łyda, żeby nie było:

lyda

Tuż po starcie zaliczyłem pierwsze faux-pas w postaci potężnego uderzenia kostką w korbę. Stało się to w skutek nieumiejętnego wpinania się w pedały. Zwykle mi się to nie zdarza ale w tych nerwach… Od razu powiem, że plan ucieczki na pierwszych kilometrach się nie powiódł. Ilość energii, którą zużyłem na to, aby jedynie dojść do jakotakiego środka peletonu zasiliłaby z powodzeniem bojler ciepłej wody w domu, w którym mieszka osiem nastolatek. Czy jakoś tak – mam w domu dwie więc wiem ile czasu spędzają w łazience.

Pierwsze kółka, mimo że szybkie, były w miarę spokojne. Trzymałem się raczej środka stawki oswajając się z prędkością i jazdą w dużej grupie. Jeździć całą ulicą przy zamkniętym ruchu jest trochę inaczej niż na ustawkach, w których zwykle jeździ się „gęsiego” lub co najwyżej w dwóch kolumnach. Trzecie i kolejne kółka już starałem się trzymać przodu. Naciąganie na zakrętach było na tyle mocne, że nie warto było odpoczywać na prostych. Trzeba było cały czas trzymać się czuba.

Moim kolejnym fałszywym krokiem było nawadnianie. Nie wiem jakie zło podkusiło mię aby zrobić sobie napój izotoniczny. Chyba tylko to, że kupiłem syrop izotoniczny i go po prostu miałem. Słodkie toto było jak cholera, klejące i za cholerę nie gasiło pragnienia. Po kilkunastu kilometrach miałem już wszystko posklejane. Prawa klamka zaczęła się zacinać, ręka przyklejać do owijki, nie mówiąc już o obrzyganej syropem ramie. Pod koniec wyścigu ze wzrokiem mordercy mijałem różne panienki, które dla swoich wybranków trzymały bidony pełne ożywczej wody. Przez głowę przechodziły mi już myśli aby porwać taki bidon, skręcić gdzieś w krzaki i opróżnić. Nigdy więcej izotoników prosto ze sklepu. Zemściło się to pod koniec wyścigu ale o tym niżej. Tymczasem jechałem sobie w grupie robiąc podjazdy z pewnym zapasem, robiąc zjazdy z przyjemnością

ObrazekObrazekObrazek

a na prostych słuchając przekleństw mastersów. Otóż jak się okazuje mastersi strasznie klną i wyzywają. Spośród dość popularnych epitetów na „ka” i na „chuj” szczególnie spodobało mi się określenie „frędzel”. Opisuje ono bardzo trafnie osobę, która wiezie się cały czas na końcu i nie daje zmian. Na szczęście nie dotyczyło ono raczej mnie, ponieważ zdarzyło mi się spawać parę odskoków. Nie będę jednak ukrywał, że starałem się trochę oszczędzać. Wzorem dla mnie był Radek z C3C, który jak już wcześniej zauważyłem, umie jeździć bardzo ekonomicznie. W okolicach siódmego okrążenia poszła ucieczka czterech zawodników. W peletonie jakoś nikt nie zabierał się do gonienia więc ja też jechałem spokojnie słuchając szumu gum, wiatru w uszach, tykania zapadek w piastach i mastersa w zielonym. Kilka prób wychodzenia na zmiany nie przynosiło pożądanych efektów więc jazda była w miarę spokojna. Na ostatnim kółku już czułem, że będzie coś nie tak. Na prostej jeszcze jako tako szło tym bardziej, że wszyscy się czaili na finałowy podjazd. Lekkie początki kurczy dawały się łatwo rozjeżdżać. Niestety w połowie finałowego podjazdu kurcze już zupełnie zblokowały mi obie nogi. Zemścił się brak płynów. Musiałem zwolnić i peleton odjechał. Przyjechałem na metę z około półminutową stratą do peletonu, w którym jechałem. Peleton do ucieczki stracił 2 min.ObrazekObrazek

Finisz więc był spokojny chociaż Edytka mówiła, że zataczałem się jak pijany bąk.

Podsumowując, jestem zadowolony. Utrzymywałem tempo i zachowałem siły na finisz. Niestety głupi błąd z nawadnianiem spowodował, że nie mogłem wykorzystać do końca możliwości. No nic – pierwsze koty za płoty.

Parę cyferek.

Filmik

X maraton leśny w Kępinie.

To już trzecia edycja maratonu w Kępinie, w której miałem przyjemność wystartować.
W tym roku był to mój w zasadzie pierwszy start (nie licząc zorganiowanego przez TREK Gdynia piekła północy na rowerach szosowych).
Jak zwykle stres przed startem i nie dobra pozycja na linii a właściwie parę metrów za linią. Między mną a startem około 30/40 zawodników. Start był nerwowy i od razu mocno. Tradycyjnie już zostałem trochę z tyłu. Na 3cim kilometrze wywróciły się przede mną trzy osoby. Trzeba było nadganiać czołówkę. W tym czasie od czuba oderwała się grupa najmocniejszych kolarzy a mi pozostała jazda w kilkunastoosobowym peletonie. Tak właściwie w tym momencie historia tego wyścigu już się dla mnie skończyła. Jeszcze pierwsze kółko szło w miarę mocno ale już drugie to takie z lekka zamulanie. Na pierwszym kółku zauważyłem, że na podjazdach mam spory zapas jadąc tempem grupy. Wykreował więc mi się podstępny plan, że będzie to miejsce ataku na kółku drugim. Będąc na drugim okrążeniu, na najdłuższym podjeździe zaatakowałem. Przed nami, może jakieś 150 metrów, majaczyła sylwetka jakiegoś samotnego kolarza, to mi pomogło w tej decyzji. Dałem do pieca i odjechałem chłopakom. Dość szybko doszedłem zawodnika przede mną zyskując sporo nad grupą. Będąc już na jego kole, najprawdopodobniej za sprawą zmęczenia, popełniłem błąd techniczny i zaliczyłem elegancką glebę. Szybko się pozbierałem, niestety musiałem się zatrzymać jeszcze raz, bo kierownica była wygięta. Po tym postoju miałem już z powrotem grupę na plecach. Usiadłem gdzieś na trzecim kole aby dojść trochę do siebie. Przed nami bowiem był jeszcze finiszowy podjazd. Ja sobie odpoczywałem a w grupie już robił się przedfiniszowy szum. Nie wiedzieć kiedy wylądowałem gdzieś na 6tej pozycji, a tymczasem od grupy oderwał się na jakieś 40 metrów zawodnik. Tuż przed wjazdem na finiszowy podjazdowy singiel przycisnąłem ponownie i jadąc po liściach przeskoczyłem kilku. 500 Watt i ciśniemy. Dość szybko wyprzedziłem uciekającego oraz udało się jeszcze dopaść chłopaka, który jechał przed peletonem. Końcówka była mocna.
12 w Open, 4ty w kategorii M30 i więcej. Niby jestem zadowolony ale niesmak jest, bo myślę, że dałbym radę utrzymać się w czołowej grupie.

Pierwsza jazda w barwach BCT Team

foto by Marek CzajaObrazek

Na rozdarcie.

Na rozdarcie.
Nikt się nie dowie jak deprymujesz
aż się wyklujesz.

Jeśli ktoś pomyślał, że porwałem sobie gacie szlifując jakiś zakręt na bieszczadzkim asfalcie, srogo się mylił. Wystarczyło zwrócić uwagę na perfidnie użyty przeze mnie czasownik „wykluwać”, aby zbilżyć się do sedna wyraźnie. Jeżeli jednak czytelnik doszedł do wniosku, że zastosowałem go tylko po to, aby się rymowało, zasługuje jedynie na to aby natychmiast przepalił mu się bezpiecznik w komputerze. Albo dysk twardy zatarł. Nie życzę nikomu źle, ale są granice!

Rozdarcie owo dość dobrze obrazuje dylemat, przed którym kucnąłem gdzieś w bieszczadzkiej głuszy, schodząc z roweru, bo już dłużej się nie dało wytrzymać. Otóż czy użyć decathlonowego kuponu rabatowego na 20 zł, czy może elegancko wymiętej dziesięciozłotówki? No cóż, jako że poniekąd znam czytelników tego bloga, to mam świadomość, że ciekawość czym potraktowałem moją wycieniowaną pupę, pozbawiała ich w tym momencie zdolności do głębszej refleksji. Niestety będą musieli jeszcze chwilę pozostać w nieświadomości, a ja tymczasem postaram się wydalić z siebie sedno.

Nie raz, nie dwa zastanawiałem się czym różni się kolarstwo górskie od kolarstwa szosowego. Jak ze wszystkim w tym życiu, aby się czegoś dowiedzieć, o czymś przekonać, trzeba tego po prostu spróbować. Opowieści, lektura czy inne formy przyswajania sobie doświadczeń innych ludzi to za mało. Trzeba samemu i tyle. Ostatnimi czasy dość dużo spędzałem czasu na rowerze szosowym. Miałem nawet okazję wystartować w wyścigu będącym namiastką prawdziwego ścigania w szosowym peletonie. Przeżycia były ciekawe, wysiłek znaczny, satysfakcja bardzo duża. Ale to, co najważniejsze stoi niejako obok samej rywalizacji.
Prawdziwa jazda rowerem szosowym wymaga socjalizacji. Wymaga bycia z innymi, wymaga współdziałania i wzajemnego zrozumienia ale także sprytu, cwaniactwa i wykorzystywania cudzych słabości (wymaga zapewne jeszcze i znajomości psychologii ale tego jeszcze nie doświadczyłem). Jest to sport zespołowy. Kolarz MTB startujący w XC lub trudniejszych maratonach, jest zdecydowanie bardziej zależny od siebie samego, od swojego wytrenowania i wydolności, techniki i odwagi. Mniej jednak od innych. Właściwe trenowanie jazdy szosowej wymaga więc częstych jazd w grupie. I tutaj  pojawia się istota dylematu. Kolarz szosowy narażony jest na ciągłe porównywanie się. A ambitny kolarz zmuszony jest siłą rzeczy do utrzymywania się w ryzach związanych z treningiem, dietą oraz najogólniej mówiąc sportowym trybem życia. Nie wspominam o stylówie, bo to jest jasne. (Można sobie trzepać w lesie, gdy nikt cię nie widzi ale na szosie, wśród innych trzeba trzymać fason.) A co ma zrobić ambitny kolarz po czterdziestce, który jeździ raptem od czterech lat więc nie mający wypracowanej w młodości wydolności, który patrząc na swoje zdjęcia zastanawia się czy ogolić się na łyso, czy może raczej wzorem stryja (starego kawalera) zaaplikować sobie zabieg przeszczepiania włosów z łydy na głowę, zaklinając w ten sposób upływający czas? Że nie wspomnę o pracy, pieniądzach i rodzinie.

Takie oto myśli spłynęły na mnie, gdy kucając w bieszczadzkich chaszczach współodczuwałem ze zmierzającą ku swojemu przeznaczeniu między moimi nogami gąsienicą, której motylem zostać nie było pisane.

KsiąŻka bo księGa a papieŻ bo treninG.

W końcu mamy nowego papieża! Cieszy mnie to niezmiernie, ponieważ nareszcie wszyscy, a więc katolicy, protestanci, prawosławni i niewierzący oraz wyznawcy innych Swarożyców przestaną się rozpraszać, zastanawiając się nad losem świata, a zajmą w końcu czymś pożytecznym.  Świat bowiem przepełniony jest różnymi znakami, które powodują zamęt. Biały dym a czarny dym, kolor skóry papieża a koniec świata…. Co wrażliwsze dusze zaczynają się w tym wszystkim gubić. Doszło do tego, że wczoraj sam zastanawiałem się, czy to, że na kominie watykańskim siedziała mewa oznacza, że papieżem zostanie mieszkaniec Gdyni.

Zacząłem od papieża, ponieważ chciałem pisać o moim treningu.

A mój trening nabrał ostatnio nowego wymiaru. Układany jest on bowiem przez fachowca. Fachowiec ów budzi moje zaufanie, ponieważ powiedział, że jeśli będę ćwiczył systematycznie, to uda mi się zmieścić w limicie czasowym HIMa w Gdyni. Skoro tak, to niech mną dysponuje, co mi tam. Pierwsze tygodniowe rozpiski przekonały mnie jednak, że łatwo nie będzie. Pływania mam tak rozpisane, że praktycznie nie jestem w stanie wykonać plan w czasie jednej sesji treningowej (45 min na basenie). No może gdyby godzina trwała 60 minut to by mi się udało. Ale tak jest tylko w weekend, w który zwykle pływactwa nie uprawiam, w weekend robię bowiem bazę oraz treningi zakładkowe.
Samo pływanie jakoś mi tam już wychodzi. Jestem w stanie przepłynąć kraulem blisko pół kilometra bez zawijania do portu! Oczywiście w czasie żenującym, ale pracujemy nad tym.

Rower rozpisany jest przyzwoicie. Przyzwoicie to znaczy, że daję radę bez większego problemu. Co prawda trochę mnie deprymuje powrót do metody opartej na pulsie a nie na mocy, ale jakoś sobie z tym radzę. Np jeśli mam jechać w pulsie 135 – 140 Hr to sprawdzam na początku treningu, przy jakiej mocy mam taki puls a potem staram się trzymać moc. To nic, że wraz ze zmęczeniem puls rośnie. Chodzi przecież o to (tutaj nawiązuję bardzo elegancko i inteligentnie do początku tego wpisu) aby być po właściwej stronie mocy. W ten oto sposób moje treningi rowerowe robią się dość konkretne.

Biegactwo – tutaj jest największy problem. Biega mi się bardzo dobrze, bieganie mnie bawi i daje satysfakcję. Można by powiedzieć, że urodziłem się po to aby biegać. Można by, gdyby nie to, że jestem w stanie biegać raptem raz na dwa tygodnie. Po każdym bowiem większym wybieganiu (większym czyli przynajmniej 5 km) muszę pauzować z powodu bólu kolana właśnie około 2 tygodni, aż przestanie dokuczać. I nie pomagają mi wiele ćwiczenia rehabilitacyjne czy inna yoga for runners with injury prevention. Nie pomagają też zakupione po przecenie adidasy z zaawansowanymi systemami ochrony śródstopia, piętostopia, przodostopia i płaskostopia o wdzięcznych nazwach Hi-mold, I-Q, Trans-Am i Fuck-Off. Oczywiście gdyby nie te zabiegi, to mogłoby być gorzej, no ale co z tego, skoro nie jest dobrze? Będę jednak obserwował moje postępy z nadzieją, że gdy zrobi się cieplej to dolegliwości ustąpią. Nie ma się co oszukiwać, jeśli nie wybiegam swojego to nie ma nawet co próbować triathlonu.

Tak czy inaczej wchodzę w tym tygodniu w kolejny mezocykl. Buduje mnie to, szczególnie że amatorzy wchodzą co najwyżej w kolejne tygodnie treningu. Ja zaś opieram się na profesjonalnych mezocyklach i mikrocyklach i patrzę na was z góry.

Z góry nie patrzę tylko na moją żonę. Nie patrzę po pierwsze dlatego, że wzięła się i biega oblogowując to na dodatek. Po drugie, ponieważ pewnie to przeczyta.

Kwestie techniczne.

Wygląda na to, że moja kariera triathlonowa może być krótsza niż bym się spodziewał. Wszystko rozbija się bowiem o tytułowe kwestie techniczne.
Gdzie bym się nie odwrócił, czego nie tknął, okazuje się, że trzeba mieć do tego wprawę. Niby banał ale jednak. Jasne jest, że aby wprawę nabyć, należy mieć wcześniej odpowiednią podbudowę teoretyczną. Wiadomo również, że w dzisiejszych czasach, które poprzez wszędzie dostępną informację, stały się bez mała ucieleśnieniem koncepcji otwartego dostępu do nieskrępowanego nurtu nadświadomości, o dostęp do wiedzy martwić się nie wypada. Wystarczy odpalić komputer, założyć gogle i ślizgać się po falach stworzonych przez intelekty wszelkiej prowieniencji, wszelkiego koloru, maści i woni. Myliłby się jednak ktoś, kto sądziłby, że jest to proste. Podam przykład.
Nie raz i nie dwa zdarzyło mi się jechać za kolarzem, który miał katar. Katar u cyklisty to jest coś zupełnie naturalnego. Wysiłek, wiatr czy inne pyłki sprawiają, że w zatokach wydziela się śluz w ilościach, które można by porównać do zasobów gazu łupkowego w naszym kraju. Zasadniczo nikt nie wie jak dużo tego jest, ale na pewno od pydy.
Zjawisko to jest zresztą szeroko opisywane w obcojęzycznych fachowych wydawnictwach. W nich dowiadujemy się, że treningi kolarskie polegają głównie na tym aby zmusić  wyczerpany wydzielaniem śluzu organizm do dodatkowego wysiłku związanego z pedałowaniem oraz utrzymywaniem równowagi.
Nie chciałbym tutaj jednak odbiegać zbyt daleko od wątku filtrowania informacji z bezkresu masowej świadomości, więc wrócę elegancko i z wdziękiem do „wprawy” i do jadącego przede mną kolarza. Za żadne skarby nie jestem w stanie opanować pozbywania się nadmiaru śluzu z nozdrzy i zatok. Kolarz (ten, który dopiero będzie przeze mnie wyprzedzony, zerwany z koła i pozostawiony sam na sam ze swoją frustracją) wkłada jeden palec do dziurki od nosa a drugą dziurką, korzystając z rozbudowanej przepony i nieprzepalonej tchawicy, pozbywa się mazi formując ją w niezrozumiały dla mnie sposób w elegancką porcję o kształcie wyrośniętej kropli. Ta z ogromnym impetem przelatuje przez przeciwny pas i chowa się wśród traw pobocza urozmaicając życie żukom. Niestety ja do tej pory opanowałem względnie dobrze jedynie prawidłowe wkładanie palca do nosa. W żaden sposób nie umiem uformować owego kwantu śluzu w cokolwiek, co oddaliłoby się ode mnie na chociaż 5 cm. W efekcie po kilkudziesięciu kilometrach na mojej twarzy, ramionach i co gorsza, rowerze powstają ślady kojarzące się z przemarszem stada podnieconych ślimaków. Ślimaki, jak wiadomo są obojnakami i rozmnażają się jedynie od maja do lipca. W pozostałym czasie łażą po świecie niezaspokojone, znacząc go na prawo i lewo. Jako, że nie chciałbym aby ktoś pomyślał, że wychodzę z domu jak jakiś napalony trzepak,  wrzuciłem do sieci zapytanie. Czyniąc to w języku ojczystym otrzymałem niestety jedynie porady dla niemowlaków. Na szczęście dzięki google translate szybko dowiedziałem się, jak brzmi to w języku Szekspira. Tutaj zrobiło się dużo ciekawiej – to chyba za sprawą czasownika „to blow”. Duża ilość poradników nie pozostawiła mnie obojętnym, spróbowałem nawet niektórych metod, niestety nos wciąż pozostał nie wydmuchany prawidłowo.
Cóż, jak widać nie mając podbudowy teoretycznej trudno jest doskonalić kolarskie umiejętności. Pozostaje mi jedynie metoda prób i błędów. Jednak nie poddam się i mam nadzieję, że w ciągu kilku sezonów opanuję tą metodę w stopniu, który pozwoli mi nagrać własną solucję na ten temat, umieścić ją na youtube albo nawet napisać szeroko ilustrowany poradnik aby trzepać grubą kasę (że o witrynie internetowej w formie dziennika ze statystykami dla lubiących porównania i rywalizacje nie wspomnę).
Kolarskie umiejętności to jednak nie wszystko. Kariera triathlonisty zależy również od umiejętności biegowych. Przeczytałem właśnie książkę „Urodzeni biegacze”, w której autor z dużą swadą przekonuje, że urodziliśmy się po to aby biegać. Udowadnia on, że mateczka ewolucja tak nas wykształciła, abyśmy bez problemu i na pusty żołądek pokonywali dziennie po kilkadziesiąt kilometrów goniąc za uciekającym pokarmem tak długo, aż ten padnie z nudów albo ze zniechęcenia. Mamy podobno wszystko ku temu. Nogi mamy, płuca mamy oraz mózg, który umie się wcielić w umysł ofiary i wyobrażać sobie, gdzie to ona pobiegnie, zanim ona, sama na to wpadnie. No i mamy bardzo dobry system termoregulacji. Wszystko wskazuje na to, że ja również posiadam to, co trzeba, aby sobie pobiegać. (Nawet wcielam się w umysł ofiary, chociaż tutaj nie potrzebuję żadnej eksterioryzacji.) Tylko że jakimś dziwnym trafem za cholerę mi to nie wychodzi. Co się przebiegnę to mnie boli noga. I to boli tak, że nie mogę potem chodzić. Gdyby nie biedronka z parkingiem, to chyba padłbym z głodu już po tygodniu zdobywania pokarmu za pośrednictwem biegania. Tutaj również z pomocą powinna przyjść emanacja absolutu jaką jest internet. A więc youtube, hasło „how to run” i nie ma sprawy. Filmów jest setki a każdy inny. Do lata będę to oglądał a życia by nie wystarczyło, gdybym miał wcielać wszystkie rady. Tym bardziej, że większości są sprzeczne. Jeden mówi i pokazuje – biegaj jak ci wygodnie. Nie myśl za swoje ciało, które jest od ciebie mądrzejsze. Drugi znowu radzi aby się przewracać do przodu ale zanim się zaryje twarzą w psią kupę, wyciągnąć jedną z nóg i się podeprzeć. Potem następną, wszystko to zupełnie na trzeźwo! Następny znowu twierdzi, że trzeba wpierw poczuć Czi. A potem to już z górki. Nie mówię już o tych, którzy każą ściągać buty i biegać boso. Tego to już zupełnie nie rozumiem. Nie móc pójść sobie do sklepu i kupić najnowszego modelu buta, który biega za ciebie? Nie będę wymieniał wszystkiego, bo każdy może się zorientować sam. Tak czy owak jasnej odpowiedzi nie ma a noga boli jak bolała. Pocieszam się, że z moją techniką biegu nie jest jednak tak źle, skoro boli tylko jedna.  Wychodzi na to, że w drugiej nodze mam dobrą technikę! Do tej pory starałem się stosować nauki Pana Jezusa aby lewica nie wiedziała co czyni prawica, ale w nauce biegu wyglądać to będzie musiało zupełnie inaczej. Niech lewica obserwuje prawicę i się od niej uczy. Świta mi już w głowie pomysł na zestaw stosownych filmów instruktażowych uczących takiej obserwacji i naśladownictwa. Wymyślę nośną nazwę, stworzę do tego filozofię dotyczącą synchronizacji półkul mózgowych, dzięki której na przykład po przebiegnięciu maratonu w czasie poniżej 2 h (co przy mojej metodzie będzie stosunkowo proste) każdy homo staje się hetero, znajdę pasujące przykłady w świecie zwierzęcym i roślinnym i będę trzepał kasę.
O pływaniu niewiele, bo każdy głupi umie pływać. W otwartym akwenie smarkać można do woli, wywalić się na ryja też nie ma jak, słowem nie ma dla mnie tajemnic. Dodatkowo parafrazując słowa poety o ptakach i samolotach: z zazdrości rybom jest wypierająca pianka triathlonowa – co mnie tu może zaskoczyć?

Z tych powodów oraz paru innych zapisałem się na Garmin IronTriathlon w Malborku.  Martwię się tylko o to, czy mi ktoś roweru nie buchnie, gdy będzie on na mnie czekał, zanim wylazę z wody. O tej porze już pewnie wszyscy ochroniarze będą w domu po zakończeniu swojej zmiany. Po jeździe będzie on już bezpieczny, bo do czerwca na pewno nie opanuję smarkania w dal, więc nikt się na niego nie skusi, nie mogąc rozczytać marki.

Podsumowanie 2012-tego roku

Ach, co to był za rok…

Chciałbym aby w tej inwokacji dźwięczała nuta nostalgii za tym, co było dobre, aby brzmiał w niej mocny rytm wrażliwego serca, aby snuła się w niej melodia, która zwykła grać w czującej się kochaną duszy. I chciałbym aby przyszły rok był taki sam. Albo jeszcze lepszy!

Tymczasem napiszę parę słów o tym, co miało być istotą tego bloga. Czas więc na kilka refleksji dotyczących mojej aktywności sportowej w kończącym się roku.

Zima była leniwa. Trenażer mnie nudził, śniegu narcianego było tyle, co kot napłakał, wymówek za to wręcz przeciwnie. Wiosnę przywitałem ze sporą nadwagą i jeszcze większymi wątpliwościami na temat moich możliwości sportowych. Dopiero marzec stał się pierwszym miesiącem jakichkolwiek treningów. Spędziłem na rowerze w tym miesiącu ponad 27 godzin. Wciąż jednak broniłem się przed zrobieniem testu FTP. Chcę tu zauważyć, że to było bardzo profesjonalne z mojej strony, przecież gdyby się miało okazać, że jestem słabszy niż w zeszłym roku, straciłbym całą motywację.  Psychika, proszę państwa! Kwiecień również przetrenowałem zgodnie z zaleceniami mądrej książki. Nawet w końcu ten nieszczęsny test na koniec miesiąca zrobiłem! Z dużym zaskoczeniem i zadowoleniem odnotowałem FTP na poziomie 300 W. To lepiej niż w zeszłym roku. Co prawda przy wyższej masie, ale jednak.
Maj to pierwsze zawody w roku, Maraton Leśny w Kiełpinie. Było dobrze. Dobrze było również na Kaszeberundzie. 3 h z 276 NP – to bolało. Ale jakoś tak nieoczekiwanie maj stał się dla mnie ostatnim miesiącem startów w zawodach. Kiepskie lato w pracy zupełnie mnie rozstroiło. Nie chciało mi się trenować, tym bardziej nie chciało się startować. Jeździłem tak, aby nie zgasło – bez planu, bez idei.
Jesienią poznałem bliżej – jakkolwiek to brzmi – Kubę, Wojtka i Andrzeja. Pojawiła się dzięki nim idea startów w przyszłym roku w zawodach triathlonowych (może to przez to letnie rozsTROJENIE?) . Nie wiem jednak, czy mi się to uda. Pierwsze biegania skończyły się kontuzją, która się ciągnie od listopada i nie pozwala trenować biegów. Na szczęście moja kochana żona wyręcza mnie w tych treningach:). Zupełnie dla mnie nieoczekiwanie sama się wzięła za bieganie! Tym bardziej byłem zaskoczony, że jeszcze wiosną, gdy namawiałem ją do wspólnych jazd, kwitowała moje propozycje: wiesz, ja nie lubię się męczyć. A tu proszę. Mam nadzieję, że się szybko wyleczę i będziemy mogli wspólnie biegać. To jedna z tych rzeczy, na którą najbardziej się cieszę w przyszłym roku.

Tymczasem sezon 2013 zacząłem od nauki pływania, nart i rowera. Wszystko w miarę systematyczne z pewnym zarysem tołku. Przyszły rok zapowiada się więc ciekawie. Liczę na start w zawodach Half Iron Man w Gdyni, w lokalnych maratonach rowerowych, chciałbym zaliczyć też pierwszy w życiu wyścig szosowy, pierwsze w życiu zawody biegowe jesienią…
Wygląda na to, że w przyszłym roku stracę dziewictwo na kilku płaszczyznach. Czego i Wam życzę! Próbujcie, smakujcie, czerpcie i dawajcie!

Just Daydreams.

W radiowej Trójce znowu śpiewają Karpia, który swym refrenowym „krok po kroczku, najpiękniejsze w całym roczku…” zapowiada rychłe nadejście Świąt. Melodia ta jak co rok wdziera się w moją głowę i siedzi w niej namolna, niczym telemarketerka namawiająca do skorzystania z bezpłatnych badań kontrolnych w Hotelu Gdynia za jedyne 200 zł. Powie ktoś, nie odbieraj telefonu. No cóż, nie ma sprawy, ale co zrobić z natrętną melodią? Myśli przecież nie da się nie odebrać.Tym bardziej, że wraz ze świątecznym nastrojem pojawiają się różne emocje.

Zauważyłem, że gdy wracam do sytuacji lub przedmiotów, które przypominają mi lata minione, budzi się we mnie niepokój. I wcale nie muszą to być stare zdjęcia, które swą dosłownością atakują dokładnie te zwoje mózgowe, które odpowiadają za się przejmowanie. To może być książka, o której było w poprzednim wpisie, utwór grany, gdy miałem lat naście, czy nawet dawno zagubiony przepis na potrawkę z ziemniaków z kolendrą i cytryną, którą przygotowywałem 10 lat temu. Czas upływa niepostrzeżenie ale pojawiają się chwile, w których z całą mocą zdaję sobie sprawę z tego, że ja już kiedyś tu byłem, ja już kiedyś to robiłem, ja już kiedyś to widziałem, czy nawet jadłem. Ale miałem wtedy lat dużo mniej. I wtedy nagle nie jest już „panta rhei”. Wartki strumień hamuje, tworząc zamęt i wiry wokół obiektu wspomnień.

Nie ma co ukrywać, nie lubię tego stanu. Żal za tym, co nie wróci wcale mnie nie buduje. Przypominając sobie uczucia, które kiedyś mną targały w takiej czy innej chwili, wcale nie przeżywam ich na nowo a przynajmniej nie są one takie same. Ktoś powie: co się dziwisz, jesteś starszy, bardziej doświadczony, twoje emocje tłumione są przez dystans, którego nabywa się z wiekiem. Ale ja to chcę widzieć inaczej. Ja wciąż jestem nie tylko ten sam, ale też taki sam. Wcale nie mądrzejszy, wcale nie bardziej rozsądny. Na koniec wcale nie starszy. Niepokój tylko budzi fakt, że słyszałem ten numer, kiedy to było… miałem chyba z 16 lat… tą płytę dostałem od kumpla dwadzieścia pięć lat temu!

Tak, słyszę tą radę i bardzo serdecznie Ci za nią dziękuję: stary, zaakceptuj to, że czas mija. Będzie ci się lżej żyło, gdy pogodzisz się z tym , co nieuchronne. W ogóle to najlepiej (jak to mówią różni specjaliści) zaakceptuj siebie takim, jaki jesteś i weź siebie samego polub. No ale jak ja mam zaakceptować siebie, takim jakim jestem i jednocześnie pogodzić z tym, że wciąż się zmieniam? To kogo właściwie ja mam polubić? Dlatego wolę trzymać się idei, że wciąż jestem taki sam. Nie mądrzejszy, chociaż bardziej siwy, nie bardziej rozsądny mimo, że mniej sprawny i wcale nie poważniejszy…niestety to just Daydreams.