Trening

Runda, którą sobie wytyczył nie była zbyt długa. Miała 12 km 700 metrów i wiodła lasem, opodal którego mieszkał. Dobrze się nadawała do celu, który sobie wyznaczył, czyli do poprawy wydolności w strefach w okolicach progu przemian tlenowych i beztlenowych oraz VO2max. Kilka krótkich podjazdów, dwa odrobinę dłuższe, przerywane zjazdami i odcinkami płaskimi, sprawiały, że serce wchodziło często na wysokie obroty przerywane chwilami na odpoczynek. Zdawał sobie sprawę, że stosunkowo mała ilość czasu, którą przeznaczał na trening wymaga właśnie takich jazd, aby jak najlepiej go wykorzystać. Dzisiaj również czekała go jego pętla. Akurat godzina jazdy w tym pół godziny mocno. Zakładając kask na głowę pomyślał o przymierzanym niedawno w sklepie nowym modelu kasku bontragera. Idealnie pasował i świetnie wyglądał. Z pewną niechęcią założył swój stary Giro, który służył już kilka lat. Brakowało mu nowoczesnej, dopasowującej się do głowy wkładki, duże otwory wpływały niekorzystnie na aerodynamikę, nie to, co ten nowy za 899 zł.  Dziewięć stów niby nie tak wiele, ale z drugiej strony to przecież fanaberia, gdy stary wciąż działa. Założył pasek pulsometru, włączył Garmina – można jechać. Nacisnął na pedały. Po kilku mocniejszych obrotach z roweru dobiegło niepokojące tykanie. Cholera jasna – pomyślał – przecież wczoraj rozkręcałem suport i wszystko wyczyściłem. Nie powinno nic hałasować. W myślach zaczął przeklinać te nowoczesne rozwiązania, które wymagały wciskania łożysk bezpośrednio w karbon. Przecież nie będę co chwila wymieniał łożysk. Każda taka operacja to wydatek ponad 100 złotych, a w firmie nie idzie teraz najlepiej. Mimo, że wiedział, że zwykle wiosną jest przestój i brakuje pracy, to świadomość, że wszelkie nadwyżki wypracowane jesienią i zimą znikają jak śnieg w wiosennym słońcu, powodowała lęk. Lęk tym większy, że sama wymiana łożysk naruszyć może delikatną strukturę materiału, z którego zrobiona jest rama – a to już wydatek kilku tysięcy. Tykanie w suporcie zaczęło być wyraźniejsze, gdy stanął w pedałach na pierwszej hopce. Rzucił okiem na garmina – 400 Wat, to sporo za dużo, jak na rozgrzewkę. Do rundy treningowej miał jeszcze ponad kilometr. Serce też zbyt szybko uderza, pewnie dlatego, że wczoraj wypił trzy piwa. Nie powinien był tyle pić, ale promocja w żabce „weź cztery za 8,99”  kusiła. Dojechał do pętli, wcisnął LAP. Na początku lekki podjazd. Tutaj trzyma zwykle 300-320 Wat. Nie jest to zbyt wiele ale akurat tyle, aby serce weszło na obroty. Po minucie dość szybki zjazd i ostry zakręt w lewo. Sprawdził odczyt prędkości – jeśli pokonywał go z prędkością mniejszą niż 30 km/h to znaczy, że się źle do niego złożył. Da się ten łuk pokonać nawet o dwa kilometry na godzinę szybciej. Pewnie jakiś proamator, kilku ich znał, zrobiłby to jeszcze sprawniej, ale on bał się ryzykować szlifów. Kilka zakrętów prawo lewo, zjazd po bruku, mostek nad torami i kolejny podjazd. Przycisnął mocniej. Na tym podjeździe chciał trzymać moc w okolicach 360 – 380 Wat. Zajmowało mu to zwykle około dwóch i pół minuty. Mimo, że dzisiaj nie chciał walczyć o jakikolwiek znaczący wynik na wyznaczonym na tym podjeździe segmencie, myśl o dobrym wyniku na Stravie sprawiła, że na garminie pojawiło się ponad 400 W. Długo nie utrzymam tej mocy – pomyślał – ostatnio zbyt mało jeżdżę. Co z tego, że jego najlepszym wynikiem dla 400 W było ponad 5 minut, teraz jest słabszy. 2 minuty i nogi pieką a serce szaleje. Zbyt mało treningów. Nie napawało go to optymizmem. Zatęsknił za uczuciem mocy, które pojawiało się znikąd, ale zawsze po dobrze przepracowanym okresie. Gdy trzymał się planu. Nie tak, jak teraz. Przed sobą zobaczył dwie osoby. Szły obok siebie, zwrócone do niego plecami. Właśnie zaczął nabierać prędkości po pokonanej hopce ale teraz będzie musiał chyba zwolnić. Strasznie go wkurzali ludzie, którzy idą całą szerokością drogi. To, że go nie widzą gwarantowało, że zachowają się nieprzewidywalnie, kiedy będzie ich mijał. Dobrze byłoby mieć dzwonek, ale dzwonek w wyścigowym rowerze jest niedopuszczalny. Tutaj nawet nie ma z czym dyskutować. Pozostało krzyknąć „uwaga!”. Kompletnie nie zdziwiło go to, że na sam dźwięk jego głosu, spacerowicze spłoszyli się wykonując nieskoordynowane ruchy, ale fakt, że zrobił to odpowiednio wcześniej, pozwolił na znalezienie luki między nimi. Tym razem obyło się bez większego zwalniania. Mijając, zobaczył ich przestraszone twarze, które nie zdążyły jeszcze przybrać wyrazu złości. Poczucie winy pojawiło się gdzieś w głębi jego duszy ale szybko zagłuszył je zapach perfum. Noszkurwamać! Po co, powiedzcie mi, po co perfumować się na spacer do lasu? Nie lepiej spotkać się z naturą? Wdychać woń budzącego się do życia lasu? – pomyślał. Teraz odcinek płaskiego szutru. Brak deszczu w ostatnich tygodniach sprawił, że na zwykle ubitym podłożu leżał miałki piasek. Dobrze, że wypracował już technikę pokonywania takich przeszkód, ale dodatkowy opór nie wpływał korzystnie na prędkość. Zamiast odpocząć trzeba było mocno kręcić. Krótki zjazd i kolejny podjazd. Korzenie. Niebezpieczeństwo dobicia przełajowej opony i złapania kapcia. Dobrze, że jest w gumie mleczko uszczelniające. Podjazd pokonany, teraz płasko, zjazd i kolejna hopa. 20 minut. Najlepszy jego czas na tym kółku to trochę ponad 24 minuty a teraz ma jeszcze z 10 minut do końca. Szkoda gadać. Trzeba przycisnąć. Zapomniał o założeniach, że miało być umiarkowanie mocno. Nie dopuści, aby nie zmieścić się w pół godziny. Oddech był krótki, wymuszony. Zaczęło go cisnąć w płucach. Pot spływał do oczu, które piekły bo oczywiście nie nałożył czapeczki pod kask. Jeszcze odcinek prostej i zamknął kółko. Wcisnął LAP. Można zluzować. Myśl, która zakołatała w głowie – trening musi zostać odbyty – nie przyniosła spodziewanej satysfakcji. Skojarzenie z końcem przewodu pokarmowego było wyjątkowo natarczywe…

Reklamy

Drzwi

Zapukał nieśmiało. W końcu sie odważył. Przechodził już setki razy obok tych starych, drewnianych drzwi. Czas ich świetności wyraźnie minął, chociaż materiał oraz wykonanie świadczyły tak o kunszcie stolarza jak i zasobności portfela zamawiającego. Oczywiście nie można wykluczyć, że jakiś zdolny rzemieślnik wykonał je dla siebie samego, w tym wypadku pozostawało mieć nadzieję, że jego umiejętności były odpowiednio wynagradzane. Zapukał jeszcze raz, tym razem nieco mocniej. Ośmieliło go to, że zza drzwi nie dochodziły żadne dźwięki. W istocie samo stukanie było całkiem przyjemne. Lite drewno w kontakcie z kością chroniona cienką warstwą skóry  wydawało ciepły, głęboki dźwięk. Krótkotrwałe ukłucia w knykciu, zdawały się dowodem na właściwe działanie ciała a towarzysząca temu niepewność i ciekawość, na żywy umysł. Oczywiście nie musiał akurat dobijać się w jakieś wrota, aby cieszyć się ciałem i umysłem. Ucisk ziemi na stopy czy głębszy oddech wraz z tyloma towarzącymi mu odczuciami były argumentami za tym samym. Od pewnego czasu coraz częściej sobie to uświadamiał.
– kto tam? – męski, lekko ochrypnięty głos dobiegł zza drzwi.
Zamarł w bezruchu. Powinien się spodziewać tego pytania, jednakże nie miał przygotowanej żadnej odpowiedzi. Naturalnie, pytanie skierowane było w stronę tego, który pukał – nie było żadnych wątpliwości – pukanie w drzwi powoduje zwykle właśnie taką reakcję. Niemniej fakt, że nie zakołatał w jakimś konkretnym celu, spowodował konsternację. Jak wyjaśnić to dobijanie się? Przedstawić się z imienia i nazwiska? Przypomniał mu się skecz Kabaretu Dudek o Kubie Goldbergu i nazwisku, które nic nie mówi. Może więc podać swój zawód, opowiedzieć o swojej firmie, albo zainteresowaniach? Przecież to bez sensu, co kogo może obchodzić to, czym się zajmuje? Płeć, wiek – bez znaczenia, sam przecież o sobie zwykle nie myślał w tych kategoriach. Zdał sobie sprawę, że łatwiej byłoby odpowiedzieć kim nie jest. Nie jestem tu żebrać, nie przyszedłem kupić, nie pukam, aby coś załatwić…
– Kto tam? – w głosie dało się wyczuć zniecierpliwienie.
Konsternacja zamieniała się  w panikę. Jezu, co teraz? Kim mogę być dla kogoś, kogo nie znam? Kim mogę być dla kogoś, kogo nie interesuje moja historia? Kim jestem, jeśli nie biorę pod uwagę celu swojego działania? Kłamstwo mogłoby być najłatwiejszym wyjściem. Dobrze to znał. Umiał być ofiarą, gdy chciał by ktoś coś mu dał. Umiał być szefem, gdy pragnął wywołać jakieś działania. Umiał być ojcem, gdy wydawało mu się, że trzeba chronić dziecko.  Ale kłamstwo bez celu, to jak danie sobie samemu w pysk.
– to ja – usłyszał cichy głos, który wydobył się z jego zaciśniętej krtani
– kto?
– ja! – powiedział głośniej
– jakie „ja”?! – mężczyzna był wyraźnie zdenerwowany
No jak to jakie? Przecież stał tu i wiedział o tym, że stoi. Czuł jeszcze na palcu film bólu po niedawnym pukaniu a w uszach wciąż mu wybrzmiewało pytanie zadane przez nieznajomego. Zdawał sobie sprawę z przyspieszonego oddechu i z kołatania serca w piersiach, strachu i pragnienia, aby wyjaśnić sytuację. Tyle wrażeń, które świadczą o tym, że jest, że istnieje, a zwykły brak powodu pozostawia go bezradnym wobec pytania o samego siebie, tu pod tymi drzwiami.
Musi być coś, co mu odpowiem – pomyślał. Musi być coś, co jest prawdą o mnie. Przecież jestem kimś! Chyba mam jakąś tożsamość, która nie zależy od miejsca, w którym mieszkam, od roli, którą pełnię, od rzeczy, które lubię lub których nienawidzę. Tylko na ile są prawdziwe, skoro w tym momencie kompletnie nieprzydatne? Skoro teraz  nieprzydatne, to czy w ogóle mogą być bezwględną prawdą o mnie? Po czole zaczęły mu spływać krople potu.
– nikt – usłyszał swój głos –  po prostu pukam i boję się, że otworzysz.

Lepiej

Dużo się mówi o tym aby mieć dobry wizerunek samego siebie. By starać się być lepszą wersją, by dążyć i sięgać, by szukać i znajdować. Tak tym nasiąknąłem, że nawet nie przychodziło mi do głowy aby podważać te tezy. Zatem jak jedziesz na rowerze z mocą 300 W przez 20 min to jest OK, ale jeszcze lepiej, gdybyś jechał tyle watt przez 30 min albo 330 W przez te 20. A jak zarabiasz 3.000 to lepiej by było 3.500. A jak wkurwionyś, to lepiej jakbyś nie był. Być wesołym też lepiej niż smutnym. Albo młodym. Albo zdrowym.
Tylko, za pozwoleniem, dlaczego niby? Można by sobie wiele gadać o tym, jak to lepiej jest to od tamtego, drążyć i wiercić, odkrywać wzniosłe idee i je po kolei obalać, aż dojdzie się do miejsca, w którym widać, że po prostu lepiej jest, jak jest przyjemniej.  No bo przecież jeśli nawet poświęcisz swoją fizyczną wygodę w imię jakiegoś większego „dobra” to i tak po to, aby było przyjemniej…
No właśnie, ale jak właściwie jest? Sporo wiem o tym jak powinno być ale czy w ogóle zastanawiam się jak jest? I czy w ogóle mogę wiedzieć JAK jest (czy choćby przyjemnie czy nie) bez konfrontowania tego, z tym jak było w przeszłości albo jak być powinno w przyszłości? Co więc jest, jeśli poobdzierać to JEST z koncepcji? Co mi zostanie, gdy nie będę czuł pragnienia aby było lepiej? Czy aby nie WSZYSTKO, czego i tak i tak doświadczam?

A gdyby tak przyjrzeć się zwierciadłu…

W klubach fitness mają takie wielkie lustra. Z resztą nie tylko tam.  Ogólnie luster jest wkoło sporo, ale chodzi o takie, w którym widać więcej ludzi, niż tylko tego, który akurat się przegląda. Dlatego te na fitnesach albo siłowniach są najlepsze. Wystawiam więc sobie taką sytuację, żadną z resztą szczególną, najbardziej typową z typowych, z jaką się można spotkać na pilatesach czy innych bodypumpach: grupa ludzi odwrócona w stronę lustra robi różne ruchy zgodnie z komendami prowadzącego. Wszystko elegancko widać w odbiciu, klimatyzacja szumi, karnet jest opłacony na miesiąc do przodu, a ciała się ruszają w rytm muzyki i okrzyków. Nie szukam jednak teraz w tym sensu, jakiś jest, a może nawet jest tych sensów więcej, pewnie dokładnie tyle ile ruszających się odbić plus sens tego, który na tym zarabia.
Ale nie o tym, nie o tym. Na razie ciała się gibają, podrygują, niektóre nawet falują. Muzyka dudniąc rytmicznie głuszy posapywania i pojękiwania. Nie maskuje co prawda zapachu, ale ten mimo swej specyfiki wcale nie jest nieprzyjemny. A ja tymczasem skupiam się z powrotem na tym, co widać w lustrze.  Przez chwilę nie wyróżniam żadnego z ciał, nie oceniam walorów, sposobu poruszania się czy zaawansowania. Nie zwracam również szczególnej uwagi na jedno, które znam jako swoje. W sumie nie jest to trudne, przecież akurat swoje ciało w całości widuję rzadziej niż np ciało mojej żony, czy współpracowników. Pozwalam więc sobie aby żadne z tych odbić nie było własnym i nie pojawiała się żadna ocena. To dosyć łatwe, gdy umysł skupiony jest na tym, by się ruszać w rytmie i na temat oraz by nie poddawać się postępującemu zmęczeniu. Na moment traktuję to wielkie odbicie jako właściwą rzeczywistość.
I mógłbym w tym tak zostać gdyby nieuchronnie nie pojawiało się poczucie własnego ciała. Wyraźne wrażenia ruchu, oddechu, bólu, potu, dotyku maty, poruszającego się powietrza na mokrej skórze. Następnie ukazują się myśli. Zwykle dotyczące zmęczenia albo oceniające siebie czy innych. Jest więc rzeczywistość w lustrze i rzeczywistość odczuć i myśli w jednym z tych odbitych w lustrze ciał. Zabawne, bo pojawia się również przekonanie, że inni mają to samo. Rodzące się bardzo podobne myśli i widzenie takiego samego odbicia w lustrze. Prawie takiego samego, bo pod innymi kątami. Przestaje być takie istotne, które z odbitych w lustrze ciał przeżywa to, co akurat przeżywa, skoro wszystkie przeżywają podobne rzeczy.
Muzyka przyspiesza, prowadzący wchodzi na kolejny poziom nieumiarkowania, zmęczenie staje się coraz większe. Wszystko zaczyna się mieszać, gubi się sens całej tej akcji poza odczuciem tego, co się właśnie dzieje. Sprawy przestają tyle znaczyć, jest teraz robiony kolejny przysiad, następna pompka. Samo dzianie się różnych ćwiczeń z racji swych powtórzeń rozmywa istotność każdego osobnego ruchu. Wszystko tańczy, podskakuje, trzęsie się, wibruje, pulsuje, dyszy i piecze. Spaja się odbicie z tym, co odbijane. Barwy na kolorowych strojach mieszają się jak w kalejdoskopie. Pojawia się poczucie, że bardziej się nie da być…. i przekonanie, że nie ważne co się odbija, ale to, że JEST W CZYM.

Przerwa.

Dawno mnie tu nie było!
Do powyższej refleksji skłoniło mnie kilka spraw. Po pierwsze to, że dużo czasu upłynęło od momentu kiedy tu ostatni raz byłem. Znaczy, taka jest moja koncepcja, że upłynęło dużo czasu. W istocie może upłynęło, a może nie. Od koncepcji, że mają oddać samolot (na zasadzie ekstradycji) też niby upłynęło dużo czasu, a oni wciąż nie oddają. To po pierwsze. Po drugie, od czegoś trzeba zacząć a ja mam z tym problem, żeby od tak, z głupia frant zacząć. Z głupia frant, bo im dłużej nie pisałem, tym bardziej nie było pisane i było dobrze.  Po trzecie, o istnieniu bloga przypomniał mi wpis mojego przyjaciela Irka pod tytułem kofibrejk. Przypomniał mi o istnieniu bloga ale również (uwaga, włączam wdzięk) swą treścią zwrócił uwagę na fakt istnienia przerwy (wdzięk wyłączam, ale jak ktoś ma ochotę, to może sobie oczywiście włączyć, jak tylko skończy się nawias).

Przydażyła się PRZERWA w pisaniu i trwała by nadal, gdyby jej coś nie PRZERWAŁO. Tu w zasadzie chciałbym skończyć ten wpis stając w zdumieniu wobec nonsensu a jednocześnie prawdziwości poprzedniego zdania. Napisałem je i czuję się przez nie znokautowany. Czy można bowiem przerwać przerwę? Skoro przerwa to puste miejsce, brak jakiejś aktywności, brak jakiegoś odbywania się czegoś to, przerwanie tego znaczyć będzie, że coś się odbywać zaczyna. No ale jednocześnie pojawia się w tym momencie przerwa w nieodbywaniu, która trwać będzie aż do ustania onego odbywania. Moja przerwa w pisaniu trwała więc tylko do momentu pojawienia się przerwy w niepisaniu. Prowadzi mnie to wniosku, że ja w zasadzie cały czas mam przerwę.  Lukę. Wolne.  A więc mogę się nareszcie odprężyć i poprzyglądać się, co teraz będę robił podczas przerwy w robieniu czego innego. No i jeśli ja mam przerwę a jednak jest robione (bo przecież teraz pojawiają się literki na ekranie podczas tej mojej pauzy) to kto to robi? I czy ja mam na to jakiś wpływ właściwie? Przecież pojawiają się litery na ekranie a ja nawet nie wiem, jakie pojawią się za chwilę. Coś się pojawia w tej głowie i coś się za chwilę pojawia na tym ekranie. To byłoby chyba aroganckie i nieuczciwe przypisywać sobie autorstwo tych słów, podczas gdy ja się relaksuję i co najwyżej rzucę okiem albo puknę w klawisz.
Tak, tak wiem, brzmi to wszystko naiwnie, bzdurnie i naciąganie. Ale jeśli zaprzeczyć choćby jednej przerwie, należałoby zanegować każdą następną, by dojść do wniosku, że nie ma żadnej przerwy, żadnej nie było i nigdy nie będzie. Czyli, że moja przerwa w pisaniu, była robieniem niepisania aż do chwili gdy zacząłem pisać. I tak dalej. To ja już jednak wolę wersję pierwszą, która wydaje mi się jednak bardziej prawdziwa. Wszak podczas mojego niepisania wcale nie obserwowałem tego jak nie piszę, tylko zgoła inne rzeczy.
No tak. Tylko co teraz?

Przełaj w kolorze młodego buraka.

Na początku było słowo, które najprawdopodobniej brzmiało „rower” – muszę, po prostu muszę zacząć od początku, bo inaczej cała ta moja pisanina nie będzie zrozumiała.

Zatem, skoro już pojawiło się słowo, to kolejnym etapem, z drobnymi modyfikacjami, które pominą fazę produkcji (nieba na niebie, ziemi na ziemi, przerzutek Shimano, ptaków śpiewających i obręczy kapslowanych), będzie oczywiście zrywanie jabłka z drzewa, które rosło w Raju, albo może w Poznaniu. Z resztą nie ważne gdzie rosło, ważne że rwanie owo stworzyło podział na to co dobre w sensie dobre, i na to co złe w sensie złe. Więc nie będzie tu raczej chodzić o zupę botwinkę z kuchni mojej żony, która to zupa jest sama w sobie dobra, ale mi nie smakuje, więc postrzegam ją jako złą, ale o rzeczy zasadnicze, ponadczasowe i nie podlegające. Najogólniej mówiąc te wielkie rzeczy związane są z posiadaniem. Nie będę się tu rozpisywał, bo przecież większość czytała Biblię, obił się im o uszy Dekalog, czy byli na filmie Władca Pierścieni. Powiem jednie, że jeśli ja mam, to to jest dobre. Jeśli ty masz, to to w zasadzie również jest dobre. Jeśli ty mi zabierzesz albo będziesz świadczył przeciw temu abym ja miał, to to jest złe, a jeśli ja miałbym ci zabrać lub świadczyć przeciw, to to jest jak z tą botwinką. Oczywiście przedmiotami posiadania mogą być różne rzeczy. Może być to dobre imię, karbonowa rama, chudy tyłek, może to być garstka ryżu, zdrowie czy życie, albo granica od morza do morza. No ale dość już tego filozofowania, bo w sieci jest kilku kolarzy lepszych w tej dziedzinie.

Zerwałem więc i ja to jabłko. Nie była to polska kosztela ani nawet apfel z północnego Tyrolu tylko rower przełajowy. Pojawił się on w moim garażu i od razu odsunął w odstawkę rower górski.
Jazda na przełaju to niepowtarzalne doświadczenie. Wymaga dużego zaangażowania i uważności, trzeba mieć również mocną nogę i dysponować dobrą techniką, jeśli chce się osiągać jako takie prędkości. Spodobało mi się to od razu, tym bardziej, że CX daje swoistą wolność wyboru trasy. Sprawdza się i na szosie i na szutrach, a i lasem po singlach również pojedzie. Tak więc się wkręciłem na tyle, by po niedługim czasie się zorientować, że koła w moim góralu już od kilku miesięcy nie są pompowane a opony czule tulą się do terakoty. I znowu odezwał się we mnie głos sadownika. Skoro góral stoi a ty pragniesz mieć pieniądze (potrzebne na doposażenie nowego roweru szosowego) to trzeba górala sprzedać. Słowo stało się ciałem i zamieszkało w moim garażu w postaci nowego pomiaru mocy do Treka oraz dwóch plam na podłodze po mleczku, które wyciekło ze sflaczałych opon roweru górskiego. Nie będę ukrywał, że patrząc na to puste miejsce w garażu czułem w ustach pewien posmak, który dzisiaj (jest wiosna i są nowalijki w warzywniakach) określiłbym jako świeży liść z młodego buraka. Ale co tam, tłumaczyłem sobie, lubię warzywa, więc o czym właściwie mowa?

przelaj

Tutaj pozwolę sobie na małą dygresję. Kilkanaście dni temu rozmawiałem z moim przyjacielem na temat tego, co nas najbardziej pociąga w kolarstwie. Nie musimy się między sobą krygować, więc szybko stanęło na tym, że i jego i mnie najbardziej rajcuje nie tam jakiś szum gum czy wiatr we włosach, nawet nie puls powyżej 180 przez godzinę i błogie lenistwo po treningu, ale rywalizacja. Rywalizacja z innymi kolarzami oraz rywalizacja z samym sobą. Być lepszym od innych, być lepszym od siebie.

Czas podobno upływa, pory roku zmieniają się, po zimie nastaje wiosna, a wiosną zaczyna się ściganie. Dla mnie zaczęło się wczoraj na XII maratonie MTB w Wejherowie. Na maratonie tym byłem już trzy razy. W 2011 roku, bodajże w 2012, oraz w 2013, kiedy zająłem 12te miejsce z bardzo dobrymi odczuciami co do swojej jazdy. Link  Oto fotka z 2011 pt. „Na mecie” (i nie chodziło tu o popularne w swoim czasie miejsce zaopatrywania się w alkohol z drugiego obiegu jak sugerować może mój wygląd):

2011_wejherowo

Tym razem jednak stanąłem do boju na rowerze przełajowym. Trasa miała się nadawać, sporo płaskich szutrów, bardzo mało przewyższeń oraz odcinki asfaltowe powinny dawać przewagę CXowi – jak nie tam, to gdzie? Nie było Irka, który kazałby mi się pchać na początek startu, więc ustawiłem się w środku stawki. Jak się okazało, było to dobre posunięcie. Raz, że pozwoliło mi na przeprowadzenie ożywionej dyskusji z koleżanką na temat tego, że każdy może robić ze swoimi pieniędzmi oraz grubą dupą to, na co ma ochotę i innym nic do tego. Dwa, że dzięki temu czas do startu szybko minął, a wreszcie trzy, że nie blokowałem tych szybszych. Bo jak się zaraz okazało trasa zdecydowanie nie pozwalała na to, aby utrzymywać prędkość najlepszych kolarzy jadących na góralach. Odcinki o nierównej nawierzchni, z wystającymi korzeniami, czy nawet dołkami i górkami sprawiały, że musiałem masę energii wkładać aby utrzymać jako takie tempo a i tak, czy to z prawej, czy to z lewej, wciąż wyprzedzali mnie inni. Po odcinku trudniejszym pojawiły się szutry. Tutaj przełaj się sprawdził. Odrobiłem trochę miejsc, rzeczywiście można było przycisnąć. Trasa jednak została zmieniona i nie było oczekiwanego przeze mnie asfaltu. Trochę się spaliłem cisnąc na tych szutrach, straciłem czujność i gdy znowu wjechaliśmy w sekcje koleistotrawiastomokrą, zaliczyłem glebę. Nic strasznego ale niesmak pozostał – na góralu bym tego nawet nie zauważył. Napierałem jednak dalej, tym bardziej że znowu było trochę szutru. Na pętli był jeden większy podjazd na bruku. Tam przekonałem się, że nie jest ze mną najgorzej, ponieważ wyprzedziłem grupę około 10 kolarzy, do której przed podjazdem traciłem mniej więcej 100 metrów.

cobbles1

Szybko jednak straciłem dobre samopoczucie, gdy objechali mnie wszyscy oni na zjeździe. Na pierwszym kółku miałem jeszcze przygodę związaną z dobiciem koła na kamieniu ukrytym w błocie (sporo chłopaków rozcięło tam dętki), blokadą tylnego hamulca i kilkudziesięciosekundowym postojem. Do tego wszystkiego pojawił się ból kręgosłupa. Chociaż w planach miałem dystans mega (czyli dwa kółka) chciałem zejść z trasy już po pierwszym. I zlazłbym, gdybym się zorientował, gdzie trzeba skręcić. Dziwne, bo meta była ustawiona tam, gdzie w poprzednich latach. Widocznie jednak takie było inshallah – szybko to zrozumiałem i postanowiłem jechać jeszcze jedno, tak jak pierwotnie zakładałem, ale już lżej i bez napinki. Tutaj już większych historii nie było. Jechałem sobie w grupie kilku osób. Gdy zaczęły się sekcje techniczne (jak to brzmi – gdybym jechał na góralu, to wstydziłbym się tak napisać), okazało się, że nie mam tylnego hamulca a obręcz jest krzywa. Do mety dojechałem spokojnie zajmując miejsce 56te. Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że 5+6 równa się 11, mój numer startowy to 344 (3+4+4=11) a ja urodziłem się jedenastego listopada (11.11).

Acha, a na obiad była botwinka.

Eudajmonia…

Kilka lat temu pojawiło się w mojej świadomości słowo „eudajmonia”. Pojawiło się, ale nie budziło żadnych skojarzeń ani refleksji. Ot, jest tytuł jednego z ulubionych moich kawałków gitarowych Paula Gilberta. Tytuł tego utworu to „Eudaimonia overture”.
Był to akurat czas, gdy intensywnie grałem na gitarze. Ćwiczenia, wprawki by sprostać między innymi wyzwaniu w postaci właśnie tego utworu. Trwało to może ze cztery lata, gdy tak ćwiczyłem po 4-5 godzin dziennie. W końcu opanowałem instrument na tyle, by zagrać to w sposób w miarę podobny do oryginału i to w zbliżonym tempie. Był to mój drugi okres gitarowy. Pierwszy zaczął się pod koniec szkoły podstawowej i trwał w szkole średniej, by skończyć się na początku studiów. Wtedy katowałem jeden z utworów Paco de Lucia. Z mizernym skutkiem.
Po drugim okresie gitarowym pojawił się rower. Najpierw jeden. Potem został zastąpiony drugim. Następnie pojawił się drugi, ale tak, że pierwszy był również. Później ten drugi został zastąpiony trzecim, więc wciąż były dwa. Ale szybko okazało się, że ten trzeci nie jest na tyle dobry, by mógł konkurować z czwartym. Czwarty jednak okazał się za mały. Sprzedałem i kupiłem piąty. Miałem więc wtedy drugi i piąty. Ten piąty to był karbonowy, szosowy Specialized. Z resztą wszyscy czytelnicy wiedzą który to, ponieważ czytają tego bloga jedynie przyjaciele, pierwszy i drugi. Spec wraz ze swą profesjonalną geometrią oraz wyposażeniem, to był szczyt marzeń i w ogóle. Właściwie już nic mi szczęścia nie zakłócało poza faktem, że rower drugi nie przystaje. Więc sprzedałem drugi i kupiłem szósty. Po szóstym kupiliśmy dom, w którym zmieścił się również siódmy. I trwałoby to pewnie do dzisiaj, gdyby nie fakt, że poszedłem do fachowca, który wymierzył mnie, obczujnikował, podłączył pod program i zeskanował. Powyginał, naciągnął, nakuł i zanalizował. Na koniec wydrukował, że piąty jest za mały. Kupiłem więc ósmy a piąty jest na sprzedaż.

No dobrze, ale co z tą eudajmonią, spyta się roztropnie jeden czytelnik. Albo nawet obaj. O co mu chodziło? Śpieszę wyjaśnić. Jako się rzekło, nie miałem z tym słowem skojarzeń. Nie wiedziałem w ogóle co znaczy i co więcej, nie miałem pragnienia wiedzieć. A pragnienia nie miałem, bo nie miało to dla mnie znaczenia. Więc grałem i nie wiedziałem, jeździłem i nie wiedziałem, kupowałem i sprzedawałem i wciąż nie wiedziałem. Ale teraz już wiem i wiecie co? Dalej robię to samo, albo robić będę zupełnie co innego, jeśli mi tylko co strzeli do głowy. I dopóki zdaję sobie sprawę, że wpływ mam jedynie na swój interes, całujemy się z eudajmonią w dupę.