Dzień trzeci – Col du Galibier

Dzień poprzedni skończył się bez jakiejś rozdmuchanej ceremonii dekoracji. Ot, po prostu uzupełniliśmy płyny do poziomu, który pozwolił zapomnieć o tęsknocie za swojskim krajobrazem, za przyjaznymi kolarzom kierowcami oraz obowiązkami zawodowymi.

Obudziliśmy się rześcy, jędrni i pełni energii, słowem gotowi, aby zdobyć najwyższy szczyt przewidziany na tą wycieczkę. Do Galibier, a właściwie do miejscowości Valloire, z której chcieliśmy zacząć nasz podjazd, mieliśmy około 80 kilometrów. Nie kombinując wiele z mapami, wszak czas to pieniądz, pojechaliśmy tam trasą, która wydawała się najszybsza. I w zasadzie taka była, mimo, że zajechaliśmy tam od drugiej strony, więc trzeba było wjechać samochodem na szczyt Galibier i zjechać w dolinę do Valloire. Ten plan był o tyle sprytny, że gdyby nam po pierwszym podjeździe zachciało się jeszcze coś kolarskiego zrobić, to właśnie z tego Valloire, tylko w drugą stronę, mielibyśmy blisko do podjazdu pod Col du Telegraphe. Wjechaliśmy zatem na Galibier autem, jadąc po śladach braci Schleck, którzy jadąc w TdF 2011 zerwali tu między innymi Contadora (podjazd robili wtedy właśnie od tej strony, od której my wjeżdżaliśmy autem). Podjazd z innej strony niż Schleckowie miał jeszcze jedną zaletę. Nie chcieliśmy bezpośrednio rywalizować z ich czasem podjazdu, szczególnie, że nie wzięliśmy ze sobą żadnej krwi do transfuzji, strzykawki w trzecim dniu wycieczki miały już tępe igły a jedyne epo, które nam zostało, było w czopkach.

Zarówno podjazd jak i późniejszy zjazd z tej góry zrobił na nas spore wrażenie. W okolicach szczytu po obu stronach jezdni bieliły się, a właściwie burzyły (od bury), topniejące łachy śniegu.

image(5)

Przez szczyty przewalały się skłębione chmury a droga i pobocza upstrzona była kolarzami.

image(4)

Na drodze było również sporo motocyklistów, ale oni się nie pstrzyli, bo byli zwykle poubierani w czarne, skórzane kombinezony. Podobnie kampery, te również się nie pstrzyły, za to solidnie hamowały przejazd.

Do Valloire dotarliśmy, jako się rzekło, szybko i bez przygód. Rozpakowaliśmy się, przebrali i w zasadzie zaczęli jechać. W zasadzie, ponieważ musiałem skorzystać z kibelka. Tutaj zatrzymam na trzy minuty wartką narrację, ponieważ chcę podzielić się moją fascynacją szaletami francuskimi (podobnie jak wcześniej klimatyzacjami w szwedzkich samochodach). Są one trochę jak polskie lodówki. Pełen automat. Światło się tam zapala gdy otwiera się drzwi, gaśnie jak się je zamknie (nie ważne, że od środka). Siusia się na czuja, czuj jest bowiem wbudowany w pisuar. Gdy kończy się siusiać, włącza się spłuczka co podłączone jest do włącznika światła. Światło zatem włącza się razem ze spłuczką, więc można dość bezpiecznie zapiąć spodnie. Świeci się krótko, więc trzeba się spieszyć aby trafić z rękoma do kranu. Ten jest również automatyczny bo włącza suszarkę i wyłącza światło.
Zastanawiałem się dość długo, w jakim celu jest to tak zbudowane. Kombinowałem w tą i w tamtą i za cholerę nie mogłem tego zrozumieć. Dopiero po czasie doszedłem do wniosku, że albo Francuzi się wstydzą swoich przyrodzeń, albo sama czynność oddawania moczu jest dla nich na tyle mało wyrafinowana, że nie chcą nawet na to patrzeć. Sam nie wiem.

Odrobinę ożywiony szaletowymi przeżyciami i co ważniejsze, lżejszy o blisko kilogram (będzie lepszy współczynnik W/kg), udałem się w pogoń za Wojtkiem. Wojtek na mnie nie czekał, ponieważ cały czas baliśmy się, że z naszego podjazdu wyjdą nici. Chmury nad szczytami kłębiły się coraz bardziej a i nad samym Valloire zaciągnęło się niebo, zrobiło szaro, więc trzeba było się spieszyć.

DSC_0474

Troszkę o samym podjeździe.

Długość: 18.1 km   *   Wysokość na szczycie: 2646 mnpm   *   Wysokość na starcie: 1401 m   *   Przewyższenie: 1245 m

Col-du-Galibier-Valloire-profile

Podjazd rozpoczął się dość łagodnie. Niewielki procent nachylenia pozwalał jechać dość szybko. Po paru kilometrach dogoniłem Wojtka. Zamieniliśmy parę słów i pojechaliśmy dalej każdy własnym tempem. Kilkaset metrów dalej minąłem panią, która przywitała mnie gromkim „dzień dobry”. Musiała słyszeć naszą z Wojtkiem rozmowę. Oczywiście grzecznie odpowiedziałem „bonżur” i popedałowałem wyżej, dumny że mój francuski jest już tak dobry, że nawet jak ktoś mówi „dzień dobry” to ja to rozumiem tak, jakbym całe życie się w inny sposób nie witał.

DSC_0469

DSC_0468 DSC_0470  image(12) image(13)

Kilka minut później dojechał do mnie kolarz w czarnobiałym stroju Cervelo. Dojechał, usiadł na kole i po chwili wyprzedził. Chwilę się go trzymałem, ale jednak postanowiłem nie szaleć. Puls zaczął już rosnąć dość wyraźnie więc bałem się, że nie wytrzymam całego podjazdu w jego tempie. Bałem się też trochę, że widoki, które przecież zapierały dech w piersiach oraz tlen, którego mogłoby mi zabraknąć, mogą negatywnie wpłynąć na moją wydolność. Ale dobrze się stało, bo mimo że jechał odrobinę szybciej, to cały czas miałem go w zasięgu wzroku. Odległość między nami wahała się w okolicach 200 metrów i w drugiej części podjazdu zaczęła nawet maleć. Motywowało mnie również to, że chłopak się cały czas oglądał, sprawdzając gdzie jestem. Wszyscy kolarze chyba mają wszczepiony ten mechanizm, że jak ktoś ucieka, to trzeba go gonić. To taka stara kolarska tradycja. Że mają oddać samolot.

O samym podjeździe nie napiszę wiele, poza tym, że momentami było bardzo stromo i bardzo malowniczo. W zasadzie im stromiej, tym ładniej. Na szczęście nie było słońca a temperatura była znośna, więc nie było ryzyka odwodnienia. Tutaj również pozwoliłem sobie na mały finisz pod sam szczyt, prężąc się dumnie przy dużej grupie kolarzy, którzy się zebrali na zbudowanym tam parkingu. Ale muszę powiedzieć, że było naprawdę mało tlenu.

DSC_0466 DSC_0471 DSC_0473 image(8) image(9) image(10) image(11)

Parę szczegółów dotyczących spraw technicznych <kolarz mode on>. Zainstalowane mam w moim bolidzie z przodu 52/36 a z tyłu 11/25. Przy największych stromiznach 36/25 było już dla mnie graniczne. Dotyczyło to oczywiście wszystkich trzech podjazdów. Stając na pedały starałem się zwykle zrzucać koronkę lub dwie, ale były takie momenty, gdy mieliłem na stojąco przy najlżejszym przełożeniu. Zauważyłem również, że lepiej mi się kręci po około 40 minutach wysiłku. Łapię wtedy drugi oddech. Tutaj link do stravy
Podjazd poszedł mi nadspodziewanie dobrze. Dość powiedzieć, że spośród 4912 kolarzy jestem na dzień dzisiejszy 145ty. Na pozostałych górkach plasuję się w okolicach dziewiątej setki. Nie spodziewałem się takiego wyniku.
Średni puls 169, średnia moc 252 W, czas 1:08:15 <kolarz mode off>.

Po przyjeździe Wojtka zrobiliśmy sobie kilka zdjęć i popędzili na dół. Tutaj już trochę dokręcałem (bo z poprzednich górek zjeżdżałem luźną nogą). Pojawił się niestety deszcz, który trochę mnie spowolnił. Niemniej dość szybko dojechałem do Valloire i przebrawszy się zaczekałem na Wojtka, który zjeżdżał wolniej zatrzymując się to tu, to tam, kupując lokalne specjały z owczego mleka i kontemplując widoki. Gdy się już ogarnęliśmy co nieco, poszliśmy na deptak, gdzie nabyliśmy podarki i pamiątki. Zawitaliśmy również do Turka, który robiąc kebaby odzywał się do wszystkich po francusku, ale tak, że nic nie rozumiałem. Uwijał się jak w ukropie, ponieważ akurat przyszła kolonia, której opiekun miał na czapce naszywkę z portretem Chegevary, co wyprowadziło Wojtka z równowagi. Tylko zmęczenie powstrzymało go, aby nie wypalić w ryj temu opiekunowi. Mnie zmęczenie powstrzymało przed wypaleniem w ryj Turkowi, który po obsłużeniu kolonii, zamiast zamiast zabrać się za naszego kebaba, zaczął całować się ze swoim szefem.

Ostatnią część naszej wycieczki postanowiliśmy przebyć samochodem. Mimo podszeptów cykloambicji rozsądek wziął górę. Przecież jutro czeka nas ciężki dzień za kółkiem i trzeba być w miarę wypoczętym. Pojechaliśmy więc wpierw na Col du Telegraphe a potem jeszcze na Col du Glandon. Telegraphe to słuszna góra. Podjazd lasem, w charakterze zbliżonym do Alpe d’Huez. Na Glandon natomiast droga wiła się połoninami. Na jednej z takich połonin zatrzymaliśmy się aby wykonać kilka zdjęć.

DSC_0476 DSC_0477 DSC_0478 DSC_0479 DSC_0481 image(15) image(16)

Moją uwagę zwróciła duża ilość elektrycznych pastuchów. Zdziwiłem się troch, ponieważ nigdzie nie było widać ani owiec, ani krów, ani lam, ani Nepalczyków. Pewien, że pastuch jest nie podłączony, chwyciłem za druta. Tutaj na chwilkę przerwę…
Okazało się, że umiem tańczyć HipHop. Szkoda, że Wojtek nie zrobił zdjęć.

Malowniczymi podjazdami i zjazdami dojechaliśmy w końcu na kwaterę. Przed nami pozostała tylko noc, pakowanie i 20 godzin jazdy z powrotem.

Reklamy